Poniedziałek, 24 lipca 2017. Imieniny Kingi, Krystyna, Michaliny

Album przeszłości pełen obrazów

2015-05-06 07:47:20 (ost. akt: 2015-05-06 08:12:23)

Autor zdjęcia: Joanna Jackiewicz

Jest coś niezwykłego w powrotach do dawnych czasów – uczą pokory. Nasi dziadkowie, nasi ojcowie nie mieli łatwego dzieciństwa. Wiązało się ono z wieloma zakazami, ograniczeniami, przymusem robienia tego, co nie zawsze było przyjemne. Musieli szybko dorosnąć, by sprostać obowiązkom. Dzisiaj Pan Henryk z Orzysza wspomina swoje dzieciństwo, patrząc na twarze swoich bliskich, uwiecznione na zdjęciach w rodzinnym albumie.

Nie pochodzę z Orzysza, urodziłem się w 1936 roku we wsi Konopki-Klimki, niedaleko Wizny, około trzydzieści kilometrów za Łomżą. Przypomina mi się mój dom rodzinny. Parę morgów ziemi i nasz maleńki domek. W budynku gospodarczym jedno pomieszczenie ojciec przerobił na mieszkanie. Podłoga gliniana żółtym piaskiem posypana. Z podwórka wchodziło się od razu do mieszkania. W rogu stała niewielka ława, gdzie stawialiśmy wiadro z wodą przynoszoną ze studni i blaszaną miską. Przy ścianie łóżko rodziców, a obok tzw. szlabanek, na którym spały starsze dzieciaki. Szlabanek to taka skrzynia, którą wysuwało się na noc i służyła jako łóżko. Mamusia kładła słomę na deski, rozkładała derkę i w czwórkę tak spaliśmy. Wierciliśmy się na tym posłaniu, pewnie słoma kłuła nas w ciało, bo rano słoma była bardzo zmierzwiona. Rano znów składała szlabanek i służył jako ława do siedzenia. W rogu pokoju stała kuchnia z blatem na fajerki. Za oświetlenie służyła lampa naftowa. Kiedyś szklany klosz stłukł się i tatuś gilzę od pocisku z jednej strony sklepał w kształcie stożka, a z drugiej strony wywiercił otwór, by wszedł tam knot i taki kaganek zapalaliśmy wieczorami. Kiedyś to były zimy… mroźne i srogie. Jedno okno tatuś zasłaniał matą ze słomy, żeby cieplej było w domu. Mróz na drugim oknie całe szyby zamalował. Chuchaliśmy wtedy na szyby i po chwili poprzez kółeczka wyglądaliśmy na świat. Nie to, co dzisiaj, parę dni temperatura na minusie i już narzekamy, że zimno. Do końca wojny mieszkaliśmy w tym maleńkim domku.



KOSZMAR OKUPACJI
Nad Narwią stał front. Niemcy byli dobrze umocnieni – gdy zajęli wioskę mieli doskonałą obserwację. Wizna położona na górce, wokół bagna, trzęsawiska. Żołnierze polscy z niezwykłą zaciętością i uporem bronili się, pomimo, iż przewaga nieprzyjaciela była ogromna. Pamiętam, jak Niemcy kazali nam opuścić dom i zajęli go na własne potrzeby. Pozostałych mieszkańców wsi również wypędzili z domów.Gdzie mieliśmy iść? Najbliżej było do ciotki, która mieszkała w Zawadach, kilka kilometrów od naszej wsi. Kilka rodzin szło w tym samym kierunku, co my. Siedem rodzin zamieszkało w tym jednym domu naszej krewnej. Dobrze, że było lato. Każdy zrobił sobie na podwórku z kamieni kuchnię, by kobiety miały gdzie ugotować wodę, obiad. My spaliśmy w alkierzu – pomieszczeniu przy budynku mieszkalnym. Tatuś rozwijał na podłodze snopek słomy, mama położyła jakieś derki i wszyscy tak spaliśmy, a rano z powrotem zwijał siano, wiązał i stawiał w kącie. Kiedy front już przeszedł, chyba po miesiącu, wróciliśmy do swojego domu. Radość z powrotu do domu nie trwała długo.

Niemcy zabrali mojego ojca i prawie wszystkich mężczyzn z naszej wioski do kopania okopów. Niedaleko, może w prostej linii piętnaście kilometrów od Konopek. Zostaliśmy sami – mama, starsza siostra, ja i troje rodzeństwa. Mieliśmy jedną krowę, jednego konia i to był nasz cały dobytek. Tatuś wcześniej wbił w kopyto konia w taki sposób gwóźdź, żeby utykał. Jak Niemcy zobaczą, że nasz koń kuleje, to nam go nie zabiorą. Jednak gwóźdź w krótkim czasie wypadł i niestety, zabrano nam konia. Krowę mamusia chowała przed Niemcami w komórce, ale ona zawsze w nieodpowiednim momencie ryczała. Mało brakowało, żebyśmy i ją stracili. Jeden Niemiec, który zajmował się zaopatrzeniem wojska w żywność, miał dobre serce. Widział, że matka jest sama z gromadką małych dzieci i okazał nam litość. W naszej oborze trzymał świnie na potrzeby wojska. Front przechodził dalej, a Niemcy wycofując się wszystko Polakom zabierali. Wtedy Niemiec powiedział, że ta krowa jest niemiecka. Jeszcze chwilę poczekał, aż wszyscy żołnierze niemieccy opuszczą nasze podwórko, zabrał swoją trzodę, a tą naszą krowę zostawił. Wśród Niemców też byli dobrzy ludzie.

Mieliśmy żarna, w których mieliło się zboże. Dzisiaj młodzież pewnie nie wie jak wyglądają żarna. Na czterech nogach położony był w kształcie walca kamień, a drugi też, taki sam, znajdował się na nim. W środku kamienia, w otwór, wsypywało się zboże. Taki jeden krąg z kamienia ważył może z pięćdziesiąt kilogramów. Mamusi ciężko było z gromadką małych dzieci. Pomagałem więc mamie jak mogłem. Przystawiłem stołek przy żarnach żeby sięgnąć do uchwytu. Trzymałem za lonek, uchwyt i kręciłem kamiennym kołem. Jeśli żyto było wilgotne to źle się mieliło, nie miałem jeszcze tyle siły. Mama suszyła je na blachach przy piecu. Kiedy już dobrze wyschło, sypała w otwór koła, a ja pomagałem je mielić na mąkę. Jeszcze byłem mały… ile może mieć siły kilkuletni chłopak? Sam garnąłem się do pomocy, nie myślałem wtedy, że jest mi za ciężko i nie dam rady. Mamusia piekła potem chleb z tej mąki. Rarytasów nie było do jedzenia. Na obiad ziemniaki, popijaliśmy mlekiem i to było najczęściej nasze pożywienie. Może raz w roku było świniobicie, na święta, wtedy mieliśmy ucztę. Mamusia stawiała na stole dużą miskę z ugotowanymi kartoflami, drugą miskę z uduszoną kapustą. Na zimę mamusia kisiła kapustę, pół beczki poszatkowanej , a część w całych główkach. Ziemniaki okraszone były skwarkami. Zasiadaliśmy wszyscy do posiłku i wtedy każdy do siebie zagarniał skwarkę, po jednej, po jednej. Główkę ukiszonej kapusty podzieliła na cztery części. Smak tych specjałów pamiętam do dziś.
Ojciec uciekł z niewoli, ale gdzieś po drodze zranił się w stopę. Po dwóch dniach Niemcy zrobili obławę i zabierali mężczyzn na okopy. Tatuś siedział na ławeczce przed domem i jak zobaczył niemieckich żołnierzy, to odwinął szmatki na nodze. Kiedy podeszli i zobaczyli paskudną ranę to od razu wycofali się, zostawili ojca w spokoju. Bali się chyba zakażenia i chorób.Tym sposobem uniknął ponownej niewoli.

Kiedy nastąpił atak artylerii rosyjskiej na wojska niemieckie musieliśmy się gdzieś schronić przed pociskami. Wieczór, a może już noc była, nie pamiętam dokładnie, tylko błyski niebo rozjaśniały. Mamusia zabrała jedynie pierzyny, pobiegliśmy do sąsiadów i schowaliśmy się w ich ziemiance. Wewnątrz już znajdowało się kilka rodzin. Ciasno było, ale każdy szukał schronienia gdziekolwiek. W naszych stronach nazywano takie ziemianki sklepem. W ziemi wykopany był dół, ściany i półkoliste sklepienie wyłożone kamieniami, na wierzchu nasypana ziemia i darń. W takich ziemiankach przechowywano zapasy na zimę. Tej nocy nie spaliśmy, bo ziemia drżała od huku armat. Rano wyszliśmy z ukrycia i zobaczyliśmy Rosjan. Ucieszyliśmy się na ich widok.

WYZWOLENIE I NOWY DOM
W maju 1945 roku nastąpiła kapitulacja Niemiec, a ojciec już w czerwcu z czterema kolegami postanowił pojechać na Prusy szukać lepszej ziemi, większego gospodarstwa. W naszej rodzinie dzieci przybywało, a ziemi mało. Niektórzy obawiali się, czy na Prusach jest bezpiecznie, ale jakie było wyjście? Ojciec wraz z kolegami dotarł do Pianek koło Orzysza. Po paru dniach wrócił po nas do Konopek. Kupił konia, parę rzeczy z domu wzięliśmy, nie było tego za wiele, krowę tatuś przywiązał do furmanki i wszyscy wyruszyliśmy na Prusy. Most na Narwi został spalony, ale można było przeprawić się promem na drugi brzeg. Siedząc na furmance wjechaliśmy na prom i powoli zbliżaliśmy się do drugiego brzegu. Nagle jeden koń spłoszył się, szarpnął wozem, na którym siedziała kobieta tuląc przy sobie w chuście dziecko. Kobieta wpadła do rzeki razem z dzieckiem. Ludzie bezradnie patrzyli w wodę, bo oboje poszli na dno. Ku zdziwieniu i radości wszystkich kobieta chyba odbiła się od dna i wypłynęła na powierzchnię. Wtedy kilku mężczyzn szybko ją chwyciło i wyciągnęło z wody na prom. Dzielna kobieta dziecka nie wypuściła z objęć.

Kiedy dotarliśmy do Pianek i weszliśmy do domu, który wcześniej ojciec wybrał, wpadliśmy w zachwyt. Wydawało się nam, że to pałac, cztery duże pokoje, nawet meble zostały wewnątrz. Stodoły, pomieszczenia gospodarcze, znalazło się też trochę maszyn rolniczych, pług, siewnik. Serce nam się radowało. Ładna wieś była, z dwupiętrowym młynem. Młyn później spalił się doszczętnie.Pamiętam, na jesień kopaliśmy ziemniaki posadzone jeszcze przez gospodarzy niemieckich, którzy opuścili swoje domy. Całą piwnicę nimi zapełniliśmy. W stodołach były sterty zboża, które młóciliśmy w maszynach, tzw. damfach. Pięć rodzin wraz z nami osiedliło się w Piankach. Powoli urządzaliśmy się w nowym domu. Miałem już dziewięć lat. Wstawałem rano, o piątej godzinie, krowom dawałem jeść, przebierałem się i szedłem do szkoły. W Piankach była już szkoła podstawowa. Po zajęciach wracałem do domu, jadłem obiad i znów moim obowiązkiem było pasienie krów na łąkach. Często aż na Sumki je prowadziłem na wypas. Nie miałem czasu na zabawy z kolegami. Nieraz zasypiałem nad lekcjami. Ojciec pracował na polu, siał zboże, później je kosił. Jeszcze czworo rodzeństwa tutaj się urodziło, stanowiliśmy liczną rodzinę. Manna nam z nieba nie leciała. Pracowaliśmy na każdy kawałek chleba własnymi rękami.

Nieraz opowiadam wnukom jak po przystąpieniu do Pierwszej Komunii, po uroczystości w kościele, mamusia kupiła mi bułeczkę za pięćdziesiąt groszy w piekarni przy ulicy Ełckiej. Jaki byłem szczęśliwy i dumny. Trzymałem ją w rękach, głowę wysoko podniosłem i rozglądałem się na wszystkie strony, czy ludzie patrzą na mnie. Po przyjściu do domu zdjąłem odświętne ubranie i poszedłem paść krowy. Rodzice nie urządzili mi żadnego przyjęcia, a prezentem była jedynie bułeczka.
Skończyłem szkołę podstawową i myślałem nauczyć się jakiegoś zawodu. W Orzyszu, w tym miejscu, gdzie obecnie stoi hotel Mazury, znajdował się zakład szewski. Pracował tam mąż mojej starszej siostry jako szewc. Nauczył mnie zawodu i pracowałem ponad dwa lata w tym fachu. Kiedyś krawiec i szewc to były najlepiej płatne zawody. Dowiedziałem się, że Państwowy Ośrodek Maszynowy w Orzyszu organizuje kurs na traktorzystów. Z dwoma kolegami zapisałem się na kurs. Kursantów była spora grupa, a wysłano nas do Starego Dzierzgonia na półroczny kurs. Uzyskałem kartę traktorzysty i od 1955 roku zacząłem pracować POM-ie w Orzyszu. Starałem się być bardzo sumiennym pracownikiem, a za swoją pracę otrzymywałem nagrody.

IDZIEMY PRZEZ ŻYCIE Z MIŁOŚCIĄ W SERCACH
Dostałem powołanie do wojska do jednostki w Słupsku. Tam zdobyłem prawo jazdy na samochody ciężarowe, osobowe i autobusy. Po odbyciu służby wojskowej wróciłem do domu i do pracy w POM-ie, ale traktorem już nie jeździłem. Dostałem pracę jako kierowca dyrektora. Wtedy jeździłem samochodem marki Warszawa, później Wołgą, Dacią i Fiatem. Kiedyś zawiozłem dyrektora na spotkanie służbowe, które odbywało się w miejscowości pod Piszem. Tam poznałem moją przyszłą żonę. Po trzech miesiącach znajomości pobraliśmy się w 1962 roku. Dostaliśmy jeden pokój z kuchnią w Orzyszu, ale cieszyliśmy się z naszego małego mieszkanka. Potem dobudowałem drugi pokój i łazienkę. Hodowaliśmy kaczki, świnki, kury, jak większość ludzi w Orzyszu. Oboje pracowaliśmy zawodowo i powoli, jak to się mówi, dorabialiśmy się wspólnie. Kupiliśmy tapczan, potem kredens kuchenny. Cieszyliśmy się każdej, nawet małej rzeczy. Luksusów nie mieliśmy, ale byliśmy szczęśliwi. Umieliśmy docenić wartość wszystkiego, bo na wszystko sami zapracowaliśmy. Dwie córki nam się urodziły. Założyliśmy książeczkę mieszkaniową i w 1990 roku otrzymaliśmy mieszkanie w bloku.

PÓŁ WIEKU RAZEM
Jesteśmy już oboje na emeryturach. Mamy niewielką działkę, którą uprawiamy. W ubiegłych latach zawsze mieliśmy urodzaj na owoce. Obdarowywaliśmy nimi całą rodzinę. Jak co roku posiejemy warzywa, żona posadzi dużo kwiatów, bo uwielbia jak na działce jest kolorowo. Latem prawie cały dzień spędzam na działce. Kiedyś lubiłem wędkować, a szczególnie zimą spod lodu łapać ryby.
Przeżyliśmy razem ponad pięćdziesiąt lat. W Urzędzie Miasta mieliśmy bardzo piękną uroczystość. Otrzymaliśmy kwiaty i medale za tak długie pożycie małżeńskie. Przyjęcie było wspaniałe, mamy pamiątkowe zdjęcia z uroczystości. Recepta na szczęśliwe małżeństwo? Zgoda, wzajemne zaufanie, wyrozumiałość, czasami ustąpić należy jeden drugiemu. Ja jestem ogień, a żona woda, która ten ogień gasi. Oczywiście żartuję, ale poszanowanie wzajemne to podstawa aby zgodnie przeżyć tyle lat, czego wszystkim małżeństwom z całego serca życzę.

Wysłuchała K.CH.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB