środa, 26 lipca 2017. Imieniny Anny, Mirosławy, Joachima

Po latach ożyły wspomnienia

2015-04-05 11:00:00 (ost. akt: 2015-04-02 09:40:15)

Autor zdjęcia: K. Ch.

Pan Kazimierz Bieluch z Tuchlina wraca myślami do dawnych lat, a przed oczami stają obrazy jakby to było wczoraj. Jakże doskonale pamięta tragiczne wydarzenia II wojny światowej. Wspomnienia, które wywołują dreszcz emocji, kiedy je się czyta.

Urodziłem się w małej wiosce Ojcewo, w gminie Troszyn, za Łomżą w 1937 roku. Nie pamiętam dokładnie, w którym to roku było, miałem może sześć lat, ale mam przed oczami dzień, kiedy Niemcy zaatakowali naszą wioskę. Musieliśmy uciekać z naszego domu, bo odgłos rozrywanych pocisków i bomb słyszeliśmy coraz bliżej. Nie zdążyliśmy nawet nic ze sobą zabrać. Mamusia wzięła w pośpiechu na ręce dwie moje młodsze siostry bliźniaczki i biegliśmy przez pola jak najdalej. Parę dni nocowaliśmy w stogu zboża, zanim ojciec wykopał ziemiankę. Na polu, może z pół kilometra od naszego domu, pod stogiem siana wykopał dół takiej wielkości, że zmieściliśmy się w nim wszyscy. Przyłączył się też do nas człowiek bez nóg, na wózku. Nie wiem ile czasu spędziliśmy w tej ziemiance. Któregoś dnia pojawił się Niemiec i zapytał się ojca łamaną polszczyzną – Co wy tu robicie? Mój tatuś odpowiedział, że uciekliśmy przed strzelaniną, schowaliśmy się tu przed atakiem bomb. Niemiec powiedział, żebyśmy zabierali się stąd i szli za frontem, a tego człowieka kalekiego zostawili. Nieszczęśnik prosił i płakał, żeby tatuś wziął go ze sobą. Ojciec ulitował się nad nim, powiedział, że on pójdzie z nami, ale Niemiec wycelował w ojca karabin i rozkazał nam uciekać. Kiedy odeszliśmy kilkanaście kroków usłyszeliśmy strzały. Niemiec zabił tego człowieka. Ojciec nic nie mógł zrobić, bo bał się o nasze życie.

Szliśmy przez pola może kilometr. Wieczór już zapadał, więc rodzice postanowili, że przenocujemy w stogu siana. Rano usłyszeliśmy odgłos przelatujących pocisków. Wyrwani ze snu nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Ojciec wyszedł z naszej kryjówki i zobaczył, że trwa walka. Dostał odłamkiem w palec, nam na szczęście nic się nie stało. Po chwili nadeszli żołnierze rosyjscy i kazali nam iść do domu, do naszej wioski, mówiąc, że już pogonili Niemców. Wróciliśmy więc do wsi. Dom zastaliśmy doszczętnie spalony. Po drewnianym domu, stodole i wszystkich budynkach gospodarczych zostały sterczały jedynie osmolone fundamenty zabudowań. Na podwórzu leżał ranny koń, jedno udo miał tak rozerwane, że aż kość była widoczna, rana okropna. Obok leżał Rosjanin, też ranny, i krzyczał jak nas zobaczył, żeby dobić i jego i tego konającego konia. Ojciec powiedział, że nie może tego zrobić, nie może odebrać mu życia. Po chwili zauważyliśmy jadących żołnierzy radzieckich. Koń ciągnął wóz, a na nim leżeli ranni. Kiedy zabrali ledwie żywego Rosjanina, poszliśmy zobaczyć, czy nie ucierpiała nasza wioska po przejściu frontu. Cała wioska została jednak zniszczona, niemal wszystkie domy spalone, może tylko cztery czy pięć ocalało. Wszyscy mieszkańcy wrócili ze swoich kryjówek – z lasu i ziemianek – do wsi. Właściciele ocalałych domów użyczyli dachu nad głową ludziom, którzy stracili swój dobytek. My zamieszkaliśmy u sąsiadów, w sumie pięć rodzin znalazło u nich schronienie. Mężczyźni przynieśli słomę i porozkładali na podłodze, żeby wszyscy mieli na czym spać. Jedni obok drugich, dorośli i dzieci, nikt nie narzekał, że ciasno i niewygodnie.

Nie było co jeść, bo wszystko zostało spalone. Ojciec pozbierał trochę na wpół spalonego zboża i zmielił w żarnach. Matula z tej czarnej mąki upiekła bochenek chleba. Jedliśmy chleb, w zębach aż chrzęściło, ale byliśmy tak głodni, że nikt nawet nie myślał o czymś lepszym. Któryś z sąsiadów znalazł zakopane w ziemi zapasy, marmoladę, margarynę, chleb. Niemcy, gdy uciekali, zakopali w ziemi skrzynki z żywnością. Oj, jakie to było dobre.
Po pewnym czasie do Ojcewa przyjechali żołnierze rosyjscy i kazali nam wszystkim wychodzić z domów. Była to pora jesienna albo zimowa, zaczęli wyrzucać pierzyny, garnki z domu i wygonili nas na dwór. Szukali czegoś. Mojego ojca nie było w tym czasie w domu. Szybko pobiegłem go szukać, a kiedy się już spotkaliśmy, opowiedziałem, co się dzieje w wiosce. Ojciec zaczął rozmawiać z Rosjanami, pokazał, że ma wódkę w baniaczku. Chyba o to im chodziło, bo od razu złagodnieli. Kazali nam z powrotem wejść do domu, a nawet pomogli pownosić rzeczy, które powyrzucali na podwórko.

Po wojnie
Kiedy wojna wreszcie się skończyła, ludzie zabrali się do budowy swoich nowych domów, wracali na swoje gospodarstwa. Mój ojciec zaczął kopać ziemiankę, bo gdzieś trzeba było zamieszkać. Pięć rodzin w jednym domu sąsiadów, gdzie wszyscy mieszkaliśmy, to stanowczo za ciasno. Nasz kuzyn podsunął ojcu pomysł, że pojadą na Prusy Wschodnie, bo tam jest dużo opuszczonych gospodarstw i któreś sobie wybiorą. Kuzyn bardzo dobrze znał te tereny, bo pięć lat był tam na przymusowych robotach. Ojciec zgodził się na propozycję kuzyna i obaj pojechali na Prusy. Dotarli do Białej Piskiej do wsi Koty. Wiele opuszczonych poniemieckich domów tam było i ojciec zajął jeden z nich. Zgłosił w urzędzie, że przyjedzie tu ze swoją rodziną. W ciągu czterech tygodni miał osiedlić się w Kotach. Powiesił tabliczkę na drzwiach i oknach, że ten dom jest już zajęty i wieczorem wrócili do Ojcewa.

Jedziemy na Prusy
Cały nasz dobytek został spalony. Nie mieliśmy konia ani wozu. Nie mieliśmy czym pojechać na Prusy. Pieszo było trochę za daleko, ja miałem już osiem lat, ale moje siostry bliźniaczki były maleńkie i rodzice postanowili podróż odłożyć. Ojciec powiedział, że najpierw zarobi trochę pieniędzy i kupi konia, a także wóz, żebyśmy mieli czym pojechać do naszego nowego domu. Zarabiał, pracując przy budowach domów, pokrywał słomą dachy, stawiał stodoły. Zanim zarobił tyle pieniędzy, by wreszcie móc kupić konia i wóz, minęło sześć tygodni. Przez cały ten czas mieszkaliśmy u naszych sąsiadów. Zapakowaliśmy nasz niewielki dobytek na furmankę i razem z kuzynem Staśkiem, w 1945 roku, wyruszyliśmy na Prusy. Koniom kopyta stukały na asfaltowej drodze, a ja wsłuchiwałem się ze zdziwieniem w ten dźwięk. W moich rodzinnych stronach były tylko piaszczyste drogi, żwirowe, a tu taka gładka droga. Wydawało mi się, że to jest jakiś bogaty kraj. Wreszcie dotarliśmy pod Białą Piską do wsi Koty. Okazało się, że nasz dom, i kuzyna również, są już zajęte. Ojciec poszedł na wioskę dowiedzieć się, czy może jeszcze jakieś inne domy są wolne. Pustych już jednak nie było. Nie wiedzieliśmy, co dalej. Wsiedliśmy więc wszyscy na furmankę i odjechaliśmy. Kuzyn Stasiek już z nami nie pojechał.



Nasz nowy dom
Dotarliśmy do wsi Cierzpięty pod Orzyszem. We wsi mieszkało już kilku gospodarzy. Niektórzy z nich, tak jak my, również pochodzili z łomżyńskiego. Parę domów stało pustych. Zamieszkaliśmy w jednym z nich, ale najpierw trzeba było wstawić okna i drzwi. Wewnątrz podłogi, ściany, nawet w dobrym stanie były, trochę mebli tam znaleźliśmy. Powoli urządzaliśmy się w nowym miejscu, uprawialiśmy żyto, pszenicę, a mieliśmy dziesięć hektarów ziemi.
Do prac polowych, na żniwa czy na wykopki w państwowych gospodarstwach rolnych, przyjeżdżała młodzież z organizacji Służba Polsce. Spodobała mi się jedna dziewczyna – ładna, pracowita, stanowcza. Poznaliśmy się, ale na początku nie chciała ze mną rozmawiać, bo ja młodszy byłem od niej. Jednak byliśmy sobie przeznaczeni. Osiemnaście lat miałem, kiedy się ożeniłem. Żona Halinka była ode mnie pięć lat starsza. Żyliśmy zgodnie, pracowaliśmy na gospodarce wiele lat. Ojciec przepisał na mnie gospodarkę i wyjechał na Pomorze z mamą, bratem i siostrą. Jednak ja nie widziałem w Cierzpiętach swojej przyszłości. Teren górzysty, paśniki daleko, jadąc wozem ze zbożem trzeba było dobrze manewrować po nierównościach, aby bezpiecznie dojechać na miejsce. Do 1970 roku mieszkałem w Cierzpiętach.

Życie pełne niespodzianek
Przypadek sprawił, że spotkałem znajomego. Zapytał mnie, czy nie chcę przeprowadzić się do Tuchlina i tam objąć gospodarstwo rolne. Bez namysłu zgodziłem się, chciałem jak najszybciej wyprowadzić się z Cierzpiąt, a skoro nadarzyła się taka szansa, to skorzystałem z propozycji. Łąki blisko, nie musiałem daleko ganiać krów na paśnik, mleczarnia na miejscu. Hodowałem dziesięć krów, kilka owiec, trzy konie. Byłem bardzo zadowolony, że tu zamieszkałem – dla mnie to najlepsze miejsce na ziemi. Tu poczułem się szczęśliwy. Od razu wstąpiły we mnie nowe siły. Całe życie pracowałem na gospodarce. Jak dziś zobaczę gdzieś konie to muszę podejść, popatrzeć i pogłaskać ich gładką sierść. Od razu przypominają mi się moje młode lata, które tak szybko minęły.
Teraz jestem na emeryturze, zdrowie jeszcze dopisuje i spokojnie żyję, ciesząc się każdą chwilą, każdym dniem.

Wspomnień wysłuchała K.CH.
Polub nas na Facebooku:

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB