Piątek, 18 sierpnia 2017. Imieniny Bogusława, Bronisława, Ilony

Żyję nadzieją

2015-02-08 12:00:00 (ost. akt: 2015-02-06 12:12:15)

Autor zdjęcia: K.Ch.

Każdy znajdzie w tym opowiadaniu cząstkę siebie, bo każdego z nas los boleśnie doświadcza, ale dzięki tym doświadczeniom doceniamy to, co mamy. Pan Wiesław z Orzysza nie szuka rozgłosu, nie oczekuje litości i współczucia. Opowiada o trudach dnia codziennego i małych radościach.

Jestem rodowitym orzyszaninem, urodziłem się w 1958 roku. Dzieciństwo miałem beztroskie, z kolegami wesoło bawiliśmy się na podwórku. Kiedyś nikt nie nudził się w domu. Po szkole graliśmy w palanta, w ganianego, w wojnę. Latem jeździliśmy rowerami nad jezioro na Rząśniki. Zimą jeździliśmy na nartach. Wszyscy zbieraliśmy się w umówionym miejscu na „piaskach” i szliśmy na górkę (teraz w tym miejscu znajdują się ogródki działkowe). Budowaliśmy tam „skocznię narciarską” i do wieczora mieliśmy zabawę. Narty sam sobie zrobiłem. Deskę jesionową oheblowałem strugiem na gładko. Potem jeden brzeg moczyłem w gorącej wodzie, żeby odpowiednio wygiąć końcówkę. Następnie przybijałem do deski kawałek skóry albo gumkę od słoika, by przywiązać narty do butów. Na powietrzu wyhasaliśmy się, zdrowi byliśmy jak dzwon. Chciałbym, żeby tamte czasy powróciły.

W Piszu ukończyłem szkołę zawodową i zdobyłem zawód ślusarz-mechanik. Ukończyłem także kurs spawacza, kurs operatora wózka widłowego, zdałem prawo jazdy na ciągnik i samochód osobowy. Trzynaście lat pracowałem w Meprozecie. Moja praca polegała na spawaniu elementów do maszyn rolniczych, głównie do zgrabiarek. Po odbyciu służby wojskowej wróciłem do pracy na dawnym stanowisku. Mieszkałem z rodzicami, zarobki wtedy były niezłe, więc uzbierałem sporą sumę pieniędzy. Dzięki pomocy rodziców zbudowałem dom. Ojciec nauczył mnie prac budowlanych, murarki, tynkowania ścian. Myślałem już o założeniu rodziny. W 1986 roku ożeniłem się, po czterech latach urodziła się nam córka, a potem upragniony syn. Niestety, dziecko okazało się niepełnosprawne. Diagnoza – znaczne upośledzenie umysłowe. Z bólem serca tę wiadomość przyjęliśmy. Żona nie pracowała zawodowo, zajmowała się domem, dziećmi. Zwolniłem się z Meprozetu i podjąłem pracę w jednostce wojskowej. Zarobki nie były może wyższe, ale robota lżejsza. Każdą zaoszczędzoną sumę pieniędzy przeznaczaliśmy na umeblowanie i urządzenie domu. Wspólnymi siłami robiliśmy wszystko. Powiem, że ciężko nam było, bo większość prac wykonywaliśmy sami. Po czterech latach pracy w jednostce dotknęła mnie redukcja etatów i poszedłem na zasiłek dla bezrobotnych. Nie mogłem znaleźć pracy.
Pogorszyły się nam warunki życia, jednak nie siedziałem bezczynnie w domu. Wykonywałem prace dorywcze, by nie zabrakło nam pieniędzy na chleb i opłaty.

Cierpienie i walka
W 2006 roku dotknęła nas wielka tragedia. Zachorowała żona. Nowotwór piersi. Walka o życie trwała ponad trzy lata. Jednocześnie cały czas walka o zdrowie syna. Spadł na mnie wielki ciężar. Jednoczesne leczenie żony i syna pochłaniało wszystkie pieniądze. Co tydzień, a bywało, że trzy razy w tygodniu, jechałem z żoną do Olsztyna na badania, później na chemię. O piątej rano wyjeżdżaliśmy i wracaliśmy wieczorem. 10 grudnia 2010 roku tę walkę przegraliśmy. Maria odeszła. Zostałem sam z dorastającą córką i niepełnosprawnym synem. Podjąłem jednak ciężar opieki nad dziećmi. Starałem się jak mogłem, ale bez żony, którą bardzo kochałem, było mi bardzo ciężko. To, co do tej pory budowaliśmy razem, runęło. Syn odczuł stratę matki, stał się nerwowy, agresywny, zamknął się w swoim świecie. Dużo pracy poświęciłem, by się otworzył. Córka w tym czasie studiowała i nie chciałem jej obarczać dodatkowymi obowiązkami. Kiedy Marysia chorowała na nic nie miałem czasu. Potem leczenie syna pochłaniało wiele czasu i pieniędzy. Zaniedbałem dom, bo po prostu nie miałem na nic sił. Nie mogłem się załamać się, nie mogłem się poddać, bo wiedziałem, że muszę wszystko robić dla dzieci. Zdałem sobie sprawę, że mam przed sobą podwójną rolę do spełnienia – rolę ojca i matki. Musiałem zadbać o dom, żeby nie utracić syna. Co pół roku odwiedzała mnie pani kurator, żeby sprawdzić czy należycie dbam o dzieci. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł je stracić. Trudno jest wychowywać dziecko upośledzone, jednak staram się jak mogę. Dużo pomagała mi moja matka, dopóki żyła. Jeździłem wtedy do lasu szykować drewno na zimę. Moja matka nigdy nie odmówiła mi pomocy, często pilnowała mojego syna. Mogłem wtedy pociąć drewno, naprawić coś w domu.

Wiara i nadzieja
Dwa i pół roku temu załamałem się. Zwróciłem się z prośbą o pomoc do MOPS. Tam spotkałem się z dużym zrozumieniem. Poznałem wielu wspaniałych ludzi. Dostałem wspaniałą pomoc, zapomogę, a co najważniejsze – dostałem nadzieję. Po wielu rozmowach z pracownicami MOPS wstąpiła we mnie wiara, że dam radę. Pani Kamila pocieszała mnie i przypominała, że zawsze trzeba mieć nadzieję. Dziękuję. Pani Halinka bardzo mi pomogła w sprawach urzędowych. Dziękuję. Pani dyrektor „kijem nie rzuciła” – pomagała jak mogła. Dziękuję. Dostałem nową energię, jakby wstąpiły we mnie nowe siły. Dom wymagał remontu, więc zacząłem powoli odnawiać mieszkanie, żeby nie wstydzić się, gdy ktoś mnie odwiedzi. Za wsparcie finansowe kupiłem materiały do remontu. Nie zmarnowałem ani złotówki. Z zapałem przystąpiłem do odnawiania mieszkania. Zaowocowało to, czego nauczył mnie ojciec. Sam wszystko robiłem tak, jak umiałem. Nie jest to może zrobione profesjonalnie, ale staram się wykonać wszystkie prace najlepiej jak umiem. Cieszy mnie wszystko, co sam zrobię, własnymi rękoma. Lubię coś tworzyć, bezczynność mnie męczy. Mam satysfakcję, że robię coś pożytecznego. W ubiegłym roku sam zrobiłem studnię na podwórku. Cembrowina z kamienia, daszek drewniany, wałek z łańcuchem i korbą. Przymocowałem też wiadro. Do studni, po rynnie, będzie spływała woda z dachu i latem wykorzystam ją do podlewania pomidorów i ogórków w namiocie foliowym. Cały ogród przeznaczam na warzywa, na pachnące truskawki, chrupiącą sałatę, pyszne ziemniaczki. Nie muszę potem kupować, bo mam własne. Na zimę z córką robimy sporo zapasów. W tym roku chciałbym dalej realizować moje plany i marzenia, odnowić teren wokół posesji. Pomysłów mam pełną głowę. Nie opuszcza mnie zapał. Chcę, żeby mój dom wyglądał na zadbany, żebym nie wstydził się pokazać go gościom.

Co znaczy być samotnym ojcem?
Grześ ma już dwadzieścia dwa lata. Był wychowankiem Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Łupkach pod Piszem. Obecnie jeździ na warsztaty terapii zajęciowej do Pisza. Codziennie rano odprowadzam go na przystanek, a po południu czekam na niego, bo wraca po godzinie piętnastej. Kiedy on jest w Piszu, ja gotuję obiad, sprzątam – nauczyłem się wielu czynności domowych. Codziennie muszę go odebrać z przystanku. Zdrowe dziecko samo wróci do domu, ale mój syn nie jest samodzielny. Nigdy jednak nie kryłem go przed ludźmi, nie wstydziłem się, że mam niepełnosprawne dziecko. Nie mogę przecież zamykać go w domu. Grześ umie i lubi jeździć na rowerze, ale muszę go cały czas pilnować. Dla niego kupiłem też kilka królików. Karmi je codziennie, głaszcze, rozmawia z nimi. Grześ niestety nie ma kolegów, bo zdrowe dzieci nie zawsze potrafią bawić się z chorymi dziećmi i boją się ich.

Każda pomoc okazana mi przez MOPS pozwoliła mi przeżyć trudne chwile. Jestem bardzo wdzięczny, nigdy nie zapominam o udzielonej mi pomocy. Zawsze pamiętam, że 21 listopada jest Świętem Pracowników MOPS. Po ukończeniu przez dzieci szkół obniżył się mój budżet domowy. Świadczenia, które otrzymuję na niepełnosprawne dziecko, nie pokrywają potrzeb. Straciłem wiele dodatków, przez co moja sytuacja materialna znacznie się pogorszyła się. Utraciłem środki na rehabilitację syna. Przecież on nadal jest chory, nadal potrzebuje leczenia. Przepadł mi też dodatek dla ojca samotnie wychowującego dziecko, a przecież ja go nadal samotnie wychowuję. Planuję wyjazd z Grzesiem na turnus rehabilitacyjno-wypoczynkowy. Złożyłem już wniosek do Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie o dofinansowanie. Muszę jednak mieć część własnego wkładu. Tam będę miał możliwość oderwania się od codzienności, podzielenia się radościami i troskami z opiekunami dzieci, którzy mają podobne problemy.

Pragnienia
Zapraszany jestem często do Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Łupkach – na zakończenie lata, andrzejki, na bale karnawałowe, pomimo tego, że Grześ już zakończył edukację. Na zorganizowanych przyjęciach bawimy się wyśmienicie. W naszym mieście nie ma gdzie wyjść z chorym dzieckiem. Dobrze by było, żeby i dla naszych dzieci czasami coś zorganizowano. Tylko dla nich. Marzę o placu zabaw z urządzeniami dla dzieci niepełnosprawnych. Takim dzieciom brakuje rozrywki. Nie trzeba wielkich nakładów na zorganizowanie jakiegoś festynu integracyjnego, a ileż radości można sprawić dzieciakom. Zdrowe dzieci nie będą bawiły się z chorymi i my, rodzice, zdajemy sobie doskonale z tego sprawę. Pragnę, żebyśmy wspólnie z naszymi dziećmi, w gronie ich opiekunów, spotykali się chociaż parę razy w roku. Dzieciom sprawia ogromną radość jakakolwiek forma wspólnej zabawy. One umieją bawić się we własnym gronie i naprawdę cieszą się z drobnych upominków. Organizowane są różne imprezy dla zdrowych dzieci i młodzieży. W Orzyszu jest jednak dużo osób niepełnosprawnych. Chciałbym, aby poprawiła się ich jakość życia, żeby przełamały się bariery, które istnieją między dziećmi sprawnymi fizycznie i umysłowo, a niepełnosprawnymi. Dom pobytu dziennego dla dzieci niepełnosprawnych znacznie ułatwiłby rodzicom funkcjonowanie. W Ełku, w Giżycku, w Mikołajkach, nawet w Rynie, istnieją takie ośrodki, tylko nie w Orzyszu. Naszym dzieciom życie odebrało szansę na normalne funkcjonowanie. Chciałbym, żeby więcej osób zrozumiało problemy rodziców dzieci niepełnosprawnych.

Poddać się nie mogę
Nie mam z kim dzielić moich radości i smutków. Patrzę na moją pracę, moje osiągnięcia, to wszystko, co do tej pory zrobiłem i myślę, że robię to dla dzieci. Tak, jak mój ojciec pomagał mnie, tak i ja zostawię coś po sobie swoim dzieciom. Nie mam z kim napić się kawy na huśtawce w ogrodzie. W samotności oglądam zdjęcia. Córka musi żyć już własnym życiem, nie mogę jej obarczać obowiązkami. Wiem, że muszę zrobić wszystko, by moje dzieci były szczęśliwe. Wiem, że nie mogę zaniedbać wychowania syna. Dziś jest już dorosły, ale wymaga całodobowej opieki. Wiele wysiłku włożyłem w jego leczenie. Zostałem sam z chorym dzieckiem, z problemami, którym codziennie muszę stawić czoło. Po śmierci żony długo nie mogłem pogodzić się z jej stratą. Wypełnianie obowiązków rodzicielskich wymaga od samotnego ojca wiele wysiłku i zaangażowania. Nie jest łatwo uporać się z trudnościami, czy to finansowymi, czy psychologicznymi. Nawet, kiedy teraz tak sobie rozmawiamy, to też jest dla mnie pomoc. Mam marzenia i nadzieję, że zapewnię moim dzieciom godne warunki życia. Cały czas wierzę, że nadejdzie dzień i Grześ wyzdrowieje. „ Tak niewiele trzeba nam, żeby bawić się do łez – tak niewiele trzeba tym chorym dzieciom/osobom niepełnosprawnym, żeby miały uśmiech na twarzy”.

Wysłuchała K.CH.
Polub nas na Facebooku:

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB