Poniedziałek, 24 lipca 2017. Imieniny Kingi, Krystyna, Michaliny

Przeszło, przeminęło

2015-02-02 10:00:00 (ost. akt: 2015-01-28 09:25:32)
Pamiątka po mamie - lniany własnoręcznie wykonany obrus

Pamiątka po mamie - lniany własnoręcznie wykonany obrus

Autor zdjęcia: K.Ch.

W tej historii zawarte jest wszystko, co niesie wojna i jej trudy. Pani Marianna z Orzysza szczegółowo opisuje wydarzenia, których była świadkiem. Opowieść pokazuje, jak głęboko okrucieństwa, które człowiek zadał człowiekowi, wyryły się w jej pamięci. Okres wojny ciągle wraca we wspomnieniach.

Chcę zachować garść wspomnień w mojej pamięci i opowiedzieć, co przeżyłam w dzieciństwie. Urodziłam się w 1938 roku we wsi Kucze, niedaleko miasta Jedwabne, w dzisiejszym województwie podlaskim. Jeden z braci był ode mnie pięć lat starszy, a dwaj młodsi urodzili się już po wojnie. Mój ojciec sam zbudował dom, jeszcze przed wojną. Drewniany, z dużą kuchnią, dużymi pokojami i alkierzem. Nasz dom znajdował się w środku wsi, na rozstajach dróg. W ogródku wśród bzów tatuś postawił drewniany krzyż, który sam wyciosał. Dziś już go nie ma, spróchniał i nie ma komu zrobić nowego. Mieszkała z nami ciocia, siostra mamusi. Pomagała w gospodarstwie, opiekowała się młodszymi braćmi, kiedy rodzice zajęci byli pracą na roli. Kiedyś tylko kosa i sierp były narzędziami do pracy w polu. Pomimo tylko paru morgów ziemi, które rodzice posiadali, pracy było od rana do nocy. Ciocia była zakonnicą, nosiła ciemnobrązową suknię, w pasie przewiązaną sznurkiem. Na głowie chustkę białą, taką ją pamiętam.

Kiedy rodzice dowiedzieli się o zbliżającej się wojnie, zabili dwa świniaki, poporcjowali, nasolili i powkładali do drewnianych szaflików – beczek z uchwytami. Zakopali je w ogródku przed domem, ale tak, by uchwyty nieco wystawały nad ziemią. Później nakryli je workami i zasypali piaskiem, żeby nie było widać miejsca zakopania beczki. Nie było kiedyś zamrażarek, lodówek, więc w taki sposób radzili sobie z większą ilością mięsa.

Niewiele pamiętam z lat wojny, bo miałam półtora roku kiedy się rozpoczęła, ale niektóre wydarzenia szczególnie utkwiły mi w pamięci. Miałam może cztery lata kiedy mamusia wzięła mnie ze sobą do Jedwabnego po zakupy. W mieście Żydzi mieli sklepy i u nich zaopatrywaliśmy się w potrzebne produkty. Kupowaliśmy naftę do lamp, bo nie było jeszcze wtedy elektryczności, sól, a mamusia w zamian sprzedawała im jajka i śmietanę. Jedną litrową butelkę zawinęła wtedy w szmatkę i kazała mi nieść do domu. Bardzo ciężka była ta butelka z naftą, do domu musiałam ją nieść aż cztery kilometry. Drugą butelkę mamusia miała w koszyku z innymi sprawunkami, które kupiła.

Prawda o tragedii w Jedwabnem
Pamiętam, jak jednego dnia mamusia wyszła z domu na podwórko z małym braciszkiem na rękach, a ja stałam obok. Widziałam jadących na koniach Niemców, którzy pędzili Żydów z okolicznych miast do Jedwabnego. W naszym ogródku stał duży, drewniany krzyż i gdy przerażeni Żydzi przechodzili obok, zatrzymywali się na chwilę, klękali, żegnali się i płakali, bo wiedzieli co ich czeka. Prosili, żeby mamusia im pomogła, żeby chociaż ich dzieci ocaliła, ale mama bała się im pomóc. Stała, patrzyła na to wszystko i płakała. Płakałam i ja chociaż niewiele rozumiałam, co się wokół dzieje. Potem widziałyśmy czarny dym unoszący się nad Jedwabnem. Pamiętam, mama wtedy powiedziała, że Niemcy ludzi palą. Ojciec ukrywał się, była sama z dziećmi. Bardzo chciała im pomóc, ale bała się, żeby i nas nie spotkał podobny los. Za ukrywanie Żydów groziła kara śmierci. Moja kuzynka Hieronima była w tym czasie w kościele w Jedwabnem na nauczkach przygotowujących do pierwszej komunii. Kiedy wyszła z kościoła zobaczyła mnóstwo Żydów. Gestapowcy wpędzili ich wszystkich do stodoły, było ich bardzo dużo. Kiedy drzwi stodoły zostały zamknięte, Niemcy rzucali dziećmi jak piłkami na wierzch. Stodołę podpalono, ale gdy spłonęła, żyło jeszcze wielu Żydów, bardzo poparzonych. Tydzień konali w strasznych męczarniach. Strażnicy cały czas pilnowali, by nikt nie podchodził do nich, dopóki wszyscy nie skonają. Ludzi, którzy chcieli pomóc Żydom, odpędzali wykrzykując, że i na nas, Polaków, przyjdzie kolej. Kuzynka opowiadała, że podeszła do nieszczęśników, by podać komuś wody, ale hitlerowiec ją odepchnął. Dziś w tym miejscu stoi tablica upamiętniająca miejsce kaźni spalonych żywcem 340 osób 10 VII 1941 roku.

Naszym domem ziemianka
Jeszcze jedno wydarzenie pamiętam, miałam może pięć lat. Zbliżał się front, Niemcy wkroczyli do naszej wioski. Nasz dom znajdował się w środku wioski i w nim okupanci urządzili punkt sanitarny. Ojciec zdążył uciec z domu, bo bał się, żeby go nie wywieźli na roboty. Niemcy wypędzili nas z domu z całym dobytkiem. Mamusia, ciocia i my – malutkie dzieci w trwodze, co z nami się stanie. Stodołę przeznaczyli na kuźnię. Mamusia bała się, żeby nie zapaliła się od ognia i iskier, bo dach pokryty był słomą. Nie mieliśmy gdzie mieszkać, a Niemców nie obchodziło co się z nami stanie. Poprosiła jedynie, aby pozwolili jej przychodzić do domu, żeby ugotować na kuchni tylko obiad dla dzieci. Może raz w tygodniu pozwalali jej przygotować posiłek na kuchni. Ugotowała kapusty, czy kartoflanki, żebyśmy coś ciepłego zjedli na obiad. Tatuś pół kilometra za wioską, może mniej, na naszym polu wykopał łopatą wielki dół, wielkości dużego pokoju. Przy ścianie zrobił piętrowe prycze do spania z drewnianych kloców i desek. Nieco niżej w dole wprowadził konia Bułana i dwie krowy. Na górę ziemianki – naszego nowego mieszkania – położył deski, a na nie seradelę (pastewna roślina uprawiana jako poplon). Ziemianka była na tyle duża, że zmieściliśmy się wszyscy. W nocy kosił i układał świeżą seradelę na deski, żeby nie widać było miejsca naszego mieszkania w razie nalotu samolotów i żeby nikt nas nie znalazł. Wodę dla nas i zwierząt nosił w wiadrach z pobliskiej rzeczki. Tatuś nie przebywał z nami w tym dole, ukrywał się gdzieś w polu, bo bał się, że Niemcy go złapią i wywiozą na roboty. Nosiłam tatusiowi w dwojaczkach jedzenie, które mama przygotowała. Powiedziała mi jak i którędy mam iść miedzą pomiędzy polami, tak, żeby mnie nikt nie widział, w kierunku kryjówki ojca. Powiedziała, że jeśli usłyszę warkot samochodu mam schować się w żyto, żeby mnie Niemcy nie zobaczyli. Prawie równa z żytem byłam, więc mnie łatwiej było zanieść jedzenie ojcu i przejść niezauważoną. Szłam więc z tymi dwojaczkami miedzą i wołałam: „Tato, tatoo!”. Nie za głośno, żeby nikt obcy mnie nie usłyszał. Tatuś wyszedł ze swojej kryjówki. W ziemi miał wykopaną niewielką jamę, przykrywał ją snopkiem słomy. Ciasno i duszno tam było, dziwiłam się jak tatuś w niej może przebywać.

W naszej ziemiance przeżyliśmy nalot samolotów. Jak zaczęło się bombardowanie to myśleliśmy, że już po naszej wiosce, już po naszym domu. Siedzieliśmy wystraszeni w gromadce, a ziemia trzęsła się od wybuchów bomb. Nie pamiętam ile czasu mieszkaliśmy w ziemiance, może miesiąc. Po przejściu frontu wróciliśmy do naszego domu. Na szczęście nie został zniszczony. W mieszkaniu pełno było pozostałości po punkcie opatrunkowym, strzykawek, pudełek po lekach, bandażach. Baliśmy się jakiegoś zakażenia, więc mamusia z ojcem zakopali wszystko w ziemi daleko za domem.

Jeszcze jedno wspomnienie chcę opowiedzieć. Niemcy wpadli do naszej wioski i szukali ojca, ale nie znaleźli bo ukrył się w kryjówce pod łóżkiem. Pod deskami w podłodze zrobione było wejście. Kiedy robiło się niebezpiecznie, tatuś wchodził tam, mamusia zakrywała to miejsce jakimiś szmatkami i rzucała w szczeliny garść piasku. Ojca wtedy nie znaleźli, ale mało brakowało, by mamusię zabrali do kopania okopów. Ciocia powiedziała, żeby ją wzięli, bo ona jest samotna, a mamusia ma małe dzieci i jest im potrzebna. Ciocia poświęciła się, poszła za mamusię w nieznane, nie wiedząc, czy wróci. Wróciła jednak po paru latach.

Niemcy często przyjeżdżali do naszej wioski. Przypomniałam sobie takie zdarzenie. Sami byliśmy w domu, bo tatuś ukrywał się w swojej kryjówce. Zbliżały się ciemne, deszczowe chmury i mamusia martwiła się, że zmoknie zboże na polu. Odważyła się i powiedziała do niemieckiego żołnierza: „Pomóż mi, bo idzie burza, męża nie ma, a szkoda, żeby zboże zmarnowało się, a ja sama nie dam rady”. Niemiec wsiadł na konia, mamusia weszła na wóz i pojechali na pole. Pomógł jej zwieźć zboże do stodoły.

Pierwsze powojenne lata
Po wojnie tatuś chodził i budował ludziom domy. Mój ojciec był bardzo pracowity, taka złota rączka, z drewna robił różne przedmioty. Drewniane zabawki nam robił, koniki na biegunach, sanki. Z kamienia stawiał ściany w budynkach gospodarczych, ogrodzenia. Wykonywał nawet tzw. ziemianki, w których przechowywano ziemniaki, warzywa na zimę. Najpierw kopał dość duży dół w pobliżu zabudowań gospodarskich, następnie kamieniami zbieranymi z pól jeden na drugim układał ściany i sklepienie, a łączył cementem. Tak dorabiał na życie. Mamusia przędła na kołowrotku wełnę. Tkała na krosnach lniane obrusy. Mam na pamiątkę do dziś taki obrus i kładę go na stół na szczególne okazje. W Kuczach, w moim rodzinnym domu, mieszka teraz bratanek, w domu, który mój ojciec sam zbudował. Już dawno strzechę wymienił na blachodachówkę, budynki gospodarskie odnowił, już prawie nic nie wygląda jak dawniej. Została jedynie ziemianka, ta sama, którą ojciec sam wykonał.
Dziewięć lat miałam, kiedy poszłam do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Mamusia uczyła mnie czytać na książeczce do nabożeństwa. Najpierw nauka odbywała się w mieszkaniu u któregoś z sąsiadów. Potem powstała w Kuczach podstawówka, więc uczęszczałam już do szkoły aż do siódmej klasy. Następnie dojeżdżałam do Liceum Pedagogicznego w Łomży. Dobrze się uczyłam, z początku dostawałam nawet stypendium i starczało mi pieniędzy na szkołę i na stancję. Potem cofnięto mi dofinansowanie. Rodzice na utrzymaniu mieli jeszcze trzech braci i nie starczało im pieniędzy na moją szkołę. Przerwałam naukę, bo nie miałam środków na dalszą edukację. Mogłam uczyć dzieci w szkole, miałam tzw. małą maturę i planowałam się jednocześnie dokształcać.

Przeznaczenie
W wiosce pod Mrągowem dostałam pracę w szkole. Pojechałam tam, żeby obejrzeć placówkę. W Orzyszu mieszkała moja kuzynka i wracając z Mrągowa postanowiłam ją odwiedzić. Kilka dni spędziłam u niej. W tym samym domu mieszkał chłopak, z którym dosyć często mijaliśmy się na podwórku. Nie zwracałam z początku na niego szczególnej uwagi. Natomiast on zaczął okazywać mi swoje zainteresowanie. Wróciłam do rodziców, do mojej wioski i napisałam do niego list, że z naszej znajomości nic nie będzie. On wsiadł do autobusu, ale dojechał tylko do jakiegoś miasta, bo to była zimowa pora, śniegu nasypało i kierowca autobusu dalej nie pojechał. Dalej szedł pieszo czterdzieści kilometrów. Czasami ktoś jechał saniami to podwiózł go kawałek, potem znów pieszo, aż doszedł do wsi Kucze, gdzie ja mieszkałam. Kiedy wszedł taki zziębnięty do domu, mojej mamusi żal się go zrobiło. Powiedziała, że skoro on taki uparty, to jego uczucia są prawdziwe.

Wyszłam za mąż w 1961 roku i od tego czasu mieszkam w Orzyszu. Mieliśmy gospodarstwo rolne i z niedoszłej nauczycielki zostałam rolnikiem. Żyliśmy zgodnie, dobrze nam było ze sobą. Potem mąż zachorował i zmarł, musiałam sprzedać nasze gospodarstwo, bo ja nie dałabym sobie rady sama.

Bardzo lubię czytać książki, mam dużo wolnego czasu, więc kupuję albo pożyczam książki od znajomych. Siadam sobie wygodnie przy oknie, poduszkę pod plecy kładę i czytam. Każdą książkę czytam do końca, bo ciekawi mnie jak zakończy się opowiadanie.
Gdyby nie choroby, moje życie byłoby lżejsze. Jakby mało było kłopotów, złamałam nogę kilka miesięcy temu. Szłam do sklepu po zakupy. Na jednym ze schodków przy banku potknęłam się i upadłam. Te schodki są bardzo niewygodne, nie widać krawędzi. Młodym ludziom to pewnie nie przeszkadza, ale dla starszych jest to bardzo uciążliwe. W moim wieku złamania długo się zrastają i bardziej boli.

Mam jedno tylko pragnienie, żeby bratanek postawił krzyż w tym miejscu, gdzie postawił go mój ojciec. Wierzę, że nasze modlitwy o przetrwanie wojny zanoszone pod krzyżem naszego domu zostały wysłuchane.

Wysłuchała K.CH.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (1)

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. andrew #2020933 | 86.45.*.* 4 lip 2016 14:46

    mnie rowniez zaintrygowalo mowisz ze wieku 4-lat poszlas z mama do Jedwabnego na zakupy kupywac u zydow,1941 roku w lipcu juz zostali wymordowani wszyscy zydzi w Jedwabnym,moglas miec jakies 2,5 roku,ale mimo wszystko fajne wspomienia,pozdrawiam

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. ciekawski #1654771 | 217.99.*.* 3 lut 2015 18:37

    w wieku 3 lat widzieć to co działo się w jedwabnem niesamowite

    Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz