Sobota, 24 czerwca 2017. Imieniny Danuty, Jana, Janiny

Rostki – wspomnienia i rozczarowania

2015-01-24 12:00:00 (ost. akt: 2015-01-22 10:13:53)
Pan Stanisław Łatacz mieszkaniec Rostek Skomackich

Pan Stanisław Łatacz mieszkaniec Rostek Skomackich

Autor zdjęcia: K.P.

Pan Stanisław 10 kwietnia będzie obchodził swoją prywatną rocznicę – 70-lecie mieszkania w Rostkach. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pan Stanisław od 70 lat mieszka w tym samym domu. Z tej okazji postanowił podzielić się z nami swoją historią.

Nazywam się Stanisław Łatacz. Urodziłem się w miejscowości Budy, powiat Mońki w województwie podlaskim, nad samą rzeką Biebrzą. Mając niecałe 3 lata musiałem uciekać wraz z rodziną (rodzicami i trojgiem rodzeństwa) z domu. Wojna jeszcze trwała. Tata mi opowiadał, że Sowieci w naszym domu mieli taki niby sztab. Ich zadaniem było zmuszenie Niemców do wycofania się z terenów po drugiej stronie rzeki. Najczęściej polegało to na wzajemnym ostrzeliwaniu się.

Ocalone życie
W czasie gdy trwała wymiana ognia, mój tata wyczuł zbliżające się zagrożenie. Niemieckie pociski coraz częściej zaczęły padać blisko naszego drewnianego domu. Nie namyślając się długo zdecydował o natychmiastowej ucieczce. Po wybiegnięciu z domu w pola i pokonaniu 200-300 metrów, w budynek trafił pocisk, niszcząc go doszczętnie. Gdybyśmy nie zdążyli uciec, teraz nie siedziałbym i nie opowiadał o tym. Rodzice oprócz czwórki dzieci i bochenka chleba nie zabrali ze sobą nic więcej.

Nowy początek
Tata był w tamtych latach partyzantem. Poprowadził więc całą rodzinę na ziemie odzyskane, czyli na wschód. Kierowaliśmy się do miejsca zamieszkania jednej z ciotek. Okazało się jednak, że jest tam za ciasno. Tata po raz kolejny wziął sprawy w swoje ręce i sam wyruszył na zachód (dawne Prusy) w poszukiwaniu miejsca dla nas. W ten sposób dotarł aż do Rostek. Budynek, który wybrał jest moim domem już od 70 lat.

Życie w Rostkach
W wybranym przez tatę gospodarstwie mieszkała para starszych Niemców, którzy udostępnili nam połowę domu: dwa pokoje i kuchnię. Po roku mój ojciec został skazany na 25 lat pozbawienia wolności. Powodem było zdemaskowanie jego działalności partyzanckiej w Armii Krajowej w Budach. Karę odsiadywał we Wronkach koło Poznania. W roku 1947 została uchwalona ustawa o amnestii, dzięki której tata został zwolniony po niecałych dwóch latach pobytu w zakładzie karnym. Po powrocie zauważalne były u niego skutki stosowanych tam aktów przemocy. Zgarbiona sylwetka oraz liczne blizny świadczyły o przeżytym bólu. Z upływem czasu nasza rodzina powiększyła się o kolejnych sześciu członków. Niestety dwójka z rodzeństwa już odeszła. Najstarsza siostra mieszka w Orzyszu.

Po wojnie panowała straszna bieda. Do kościoła chodziliśmy pieszo 5 kilometrów, jeżeli wybraliśmy drogę na skróty. Latem buty trzeba było nieść w garści i iść boso. Nogi opłukiwało się w kanale w Klusach, potem zakładało buty i brało udział we mszy. Po kościele mama kazała zdjąć buty. Do domu wracaliśmy boso – obuwie trzeba było szanować.

Do szkoły chodziłem w Strzelnikach, w odległości dwóch kilometrów od Rostek. Siódmą klasę kończyłem w Orzyszu. Latem dojeżdżałem na lekcje rowerem, a zimą wynajmowałem stancję. Nauczyciele próbowali nakłonić rodziców, aby ułatwili mi kontynuację nauki, jednak praca i pomoc w polu była ważniejsza. W gospodarstwie zacząłem wykonywać wszystkie prace w wieku 14 lat.

Mój tata bardzo szybko dorobił się dwóch koni, kilku krów, świń i kilkunastu kur, co było źle odbierane w wiosce. Za czasów Gomułki powstawały spółdzielnie produkcyjne, do których zapisywali się wszyscy w wiosce. Charakteryzowały się wyrównywaniem majątku członków, bo wszystko traktowano jako wspólne. Mój tata jako okrzyknięty bogacz, nie zapisał się. Uznał, że taki system jest niesprawiedliwy. W związku z tym został aresztowany na trzy miesiące. W tym czasie przypadał okres żniw. Po powrocie, dla spokoju, zapisał się i został przewodniczącym spółdzielni produkcyjnej.

Pożar w gospodarstwie
W wieku 20 lat poszedłem do wojska w Ełku. Służyłem tam pół roku. Później zostałem przeniesiony do Marcinkowa pod Olsztynem, gdzie spędziłem półtora roku. Po powrocie ze służby pierwszym wydarzeniem w naszym majątku był pożar budynków gospodarczych. Ogień rozprzestrzenił się od sąsiadów. Im spaliła się stodoła, a u nas wszystko – stodoła i dwa chlewy. Tylko dom został. Zdążyliśmy tylko uratować zwierzęta. Najboleśniej odczuliśmy spalone zboże, które miało być za kilka dni młócone. Po otrząśnięciu się z tej tragedii, odbudowaliśmy stracone budynki. Następnie skupiłem się na wydaniu za mąż swoich sióstr. W międzyczasie zrobiłem kurs rolniczy w Strzelnikach, aby móc przejąć gospodarstwo po rodzicach.

Zostałem sam z raną w boku
W przeciągu dziesięciu lat siostry powychodziły za mąż, bracia wyjechali gdzie który mógł, a ja zostałem w Rostkach. Latem pracowałem w polu, a zimą w lesie przy wycince drzew. W międzyczasie skupiłem się na poszukaniu własnej drugiej połowy. W Strzelnikach poznałem młodszą ode mnie o 11 lat Barbarę. W 1972 roku, 2 kwietnia, wzięliśmy ślub. W tym roku obchodzilibyśmy 43. rocznicę. Wychowaliśmy wspólnie czwórkę dzieci – trzech synów i córkę. Przez 30 lat pracowałem w Bemowie Piskim jako wartownik tzw. kruk.

W 2012 roku, pewnej sierpniowej nocy, moja żona wbiła mi bagnet w plecy. Od jakiegoś czasu nie mogliśmy się porozumieć. Spaliśmy oddzielnie i nie spodziewałem się, że sprawy zabrną tak daleko. Około północy obudziły mnie wykrzykiwane przez Barbarę słowa. Ich adresatem byłem ja. Nie chciałem pogłębiać jej złego humoru, ze względu na późną porę i moje zmęczenie, więc powiedziałem jej, aby wyszła z pokoju. Zrobiła to, jednak po chwili wróciła z bagnetem. Nie spodziewałem się ataku z jej strony i nie zdążyłem się obronić. Mój najmłodszy syn, który przebywał w domu zadzwonił po karetkę. Moja żona dobrowolnie oddała się w ręce policji, a ja zostałem przewieziony do szpitala w Ełku. Spędziłem w nim dwanaście dni, z czego pięć byłem nieprzytomny. Gdy wróciłem do domu nikogo w nim nie zastałem. Dodatkowo został on ogołocony, wszystkie zwierzęta i warzywa zniknęły.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że odwróciły się ode mnie dzieci. Od czasu tamtej nocy nie odwiedzają mnie i nie chcą ze mną rozmawiać. Żona spędziła półtora roku w Choroszczy i otrzymała zakaz zbliżania się do mnie. Zostałem sam. Bardzo brakuje mi dzieci. Przez cały czas starałem się być dla nich ojcem, który wskaże im właściwą drogę postępowania. Najważniejsze dla mnie było, aby zdobyli wykształcenie. Synowie ukończyli technikum, a córka studia pedagogiczne. Próbowałem nawiązać z nimi kontakt, jednak nie udało mi się. Nie rozumiem powodów takiego zachowania i straciłem nadzieję na poprawę tej sytuacji. Wszystko bym dla nich oddał i zrobił, a swoją obojętnością wobec mnie sprawiają, że cierpię. Czuję się samotny...

K.P.

Polub nas na Facebooku:

Komentarze (2)

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Fabian #1647300 | 78.159.*.* 27 sty 2015 08:04

    Wzruszająca jest ta historia życia, ale niestety nie do końca prawdziwa. Jak to możliwe żeby wszystkie dzieci odwróciły się od ojca? Został sam. Dlaczego? Znam prawdę: znęcał się psychicznie i fizycznie nad żoną, że kobieta nie wytrzymała i zraniła go nożem. Dzieci z domu powyganiał! Jestem świadkiem nie jednej przez niego wywołanej awantury. człowiek ten ma problemy alkoholowe i w tym artykule dużo jest nieprawdy. Najbardziej nie rozumiem skoro wszystko jest w stanie zrobić i oddać swoim bliskim dlaczego zamyka przed nimi drzwi. Co tu dużo pisać najlepiej jechać i zobaczyć jak doprowadził gospodarstwo i dom do ruiny. Dobrze, że u katolików jest przebaczenie i nawrócenie. Niech bohater o tym pamięta i korzysta z jednego i drugiego.

    Ocena komentarza: warty uwagi (3) ! - + odpowiedz na ten komentarz