Sobota, 24 czerwca 2017. Imieniny Danuty, Jana, Janiny

Powoli czas zaciera wspomnienia

2015-01-18 13:00:00 (ost. akt: 2015-01-14 11:21:53)
Pani Mieczysława Krzyżanowska

Pani Mieczysława Krzyżanowska

Autor zdjęcia: K.Ch.

Wspomnienia Pani Mieczysławy Krzyżanowskiej, mieszkanki Orzysza, to dokument, który pozwala zrozumieć tragiczne wydarzenia z czasów wojny. Czasami takim wspomnieniom towarzyszy wzruszenie i łzy.

Moją rodzinną miejscowością jest wieś Wara na Podkarpaciu, gdzie urodziłam się w 1932 roku. Dom, w którym przyszłam na świat był mały, drewniany. Posiadał tylko dwa pokoje, niewielką kuchnię i sień. Tata sam go zbudował jak tylko pobrali się z mamusią. Niedaleko znajdowało się miasteczko Brzozów i Dynów, gdzie chodziliśmy do sklepów po zakupy. Do szkoły podstawowej chodziłam kilka kilometrów do pobliskiej wsi. Kiedyś zimy były mroźne, śniegu dużo. Jak wracałam z koleżankami ze szkoły to ślizgałyśmy się po zamarzniętym jeziorze, z każdej górki musiałyśmy pozjeżdżać, a teren tam bardzo górzysty, więc miałyśmy sporo zabawy.

Czasy wojny
Pamiętam, miałam chyba dziesięć lat. Rodzice byli zajęci przygotowaniami do wigilii, mama w kuchni przygotowywała kolację, tatuś też był czymś zajęty. Poszłam do stodoły i z siana zrobiłam kukłę. Założyłam na nią koszulę, spodnie, głowę owinęłam białą szmatką i włożyłam czapkę, namalowałam czarną farbą oczy. Umyśliłam sobie, że jak się ściemni to pójdę do sąsiadów, zapukam do drzwi, postraszę moich dwóch kolegów tą wypchaną kukłą i szybko ucieknę. Jakby mnie chłopcy złapali to na pewno śniegiem zmyliby mi twarz. Nikomu nie powiedziałam gdzie idę. Szłam z tą kukłą drogą, ale usłyszałam szum samochodu. Błysnęło światło reflektorów, a ja uświadomiłam sobie, że to mogą jechać Niemcy. Trwała jeszcze wojna, często były łapanki, ze strachu nie wiedziałam co mam zrobić. Wskoczyłam do rowu. W dzień spadło dużo świeżego śniegu i jak wpadłam w taki biały puch z tą kukłą nie było mnie wcale widać. Jednak Niemcy coś zauważyli bo samochód zatrzymał się i usłyszałam, że otworzyły się drzwi. Ze strachu starałam się nawet nie oddychać. Już myślałam, że będzie po mnie, zabiją mnie, a rodzice nie będą wiedzieli gdzie jestem, co się ze mną stało. Niemcy coś pogadali i po chwili usłyszałam, że drzwi zamknęły się. Odjechali. Długo jeszcze czekałam w tym rowie czy nie wrócą, ale była cisza. Zerwałam się z miejsca i ile sił w nogach pognałam do domu. Już odechciało mi się straszyć kolegów. Moją kukłę wrzuciłam do stodoły. Trochę tylko otrzepałam się ze śniegu i szybko schowałam się za piecem w pokoju. Po chwili weszła mamusia i zapytała: „Gdzie jest Miecia, czemu nie śpiewa kolęd?”. Siostra powiedziała, że siedzę za piecem. Mama podeszła do mnie, zapytała czy nie jestem chora, czy może coś mnie nie boli, bo tak spokojnie siedzę. Nie chciałam zdradzić co zrobiłam, więc powiedziałam, że chcę tak sobie tu posiedzieć, pomarzyć. Nigdy nie powiedziałam nikomu o tym zdarzeniu.

Często Niemcy przyjeżdżali do naszej wsi i robili łapanki. Wyskakiwali z samochodów, na karabinach mieli bagnety. Wpadali do domów, zabierali mężczyzn, a także kobiety i wywozili na roboty do Niemiec, do obozów zagłady. Pamiętam taką akcję w naszej wiosce. Jeden hitlerowiec wszedł do naszego domu, rozejrzał się, drugi wszedł do stodoły. Tatuś wcześniej zdążył ukryć się na strychu i to chyba cud, że nie znaleźli go Niemcy. Zabrali kilku naszych sąsiadów i odjechali. Mamusia miała jakieś przeczucie, powiedziała nawet, żeby ojciec uciekł do lasu, bo mogą jeszcze raz przyjechać. I miała rację. Zdążył ledwie założyć kurtkę i wyjść z domu, a znów przyjechali. Tym razem dokładnie przeszukiwali dom. Bagnetami kłuli sienniki na łóżkach, w stodole w sianie szukali ojca.

Ukraińskie bandy
Po wojnie bandy UPA (Ukraińska Powstańcza Armia), organizowały ataki, najczęściej w nocy, na polskie miejscowości. Rabowały i zabijały Polaków. Banderowcy nie mieli za wiele broni, nożami, kosami, widłami mordowali ludzi. Zabójstwa dokonywali z ogromnym okrucieństwem. Wsie i osady polskie grabili i doszczętnie palili. Pamiętam, że było to przed świętami Bożego Narodzenia. Nagle usłyszeliśmy dźwięk trąbki. Mieszkaniec wioski, który w nocy stał na straży, głośno trąbił na alarm. Wszyscy ludzie wiedzieli, że zbliża się banda UPA, bo był to umówiony znak. Zerwaliśmy się z łóżek, w pośpiechu się ubraliśmy i uciekliśmy do pobliskiego lasu. Niedaleko naszej wioski płynęła rzeczka. Niektórzy ludzie uciekali przez rzekę boso, w koszulach, bo nie zdążyli się ubrać. Chcieli jak najszybciej uciec przed rzezią. Banderowcy napadali najczęściej w nocy, w rękach mieli noże i grozili, że pozabijają wszystkich, rabowali co cenniejsze rzeczy, a potem palili domy, stodoły. Kiedyś domy i budynki gospodarcze budowano z drewna, kryte były gontem, więc paliły się szybko i nic z nich nie ocalało. Z daleka, z ukrycia, patrzyliśmy na płonące domy, a łunę było widać z daleka. Widok był przerażający, aż serca bolały. W nocy blask ognia było widać z daleka, a dym ze zgliszczy jeszcze z trzy dni się unosił. Siedzieliśmy do rana w lesie, tatuś czuwał całą noc, a ja i moje siostry przytuliłyśmy się do mamy. Dopiero rano, jak już wszystko się uspokoiło, wróciliśmy do domu. Mieliśmy szczęście, bo do naszej wioski banderowcy nie doszli, ale sąsiednią wioskę ograbili i spalili.

Drugi raz Ukraińcy zaatakowali na wiosnę. Znowu ktoś z sąsiadów krzyczał, że idą banderowcy. Mamusia powiedziała, żebyśmy uciekali w kartofle, które rosły niedaleko naszego domu. Posadzone wczesną wiosną już kwitły. Każdy położył się na ziemi, w bruzdy między łodygami, nie było nas wcale widać. Baliśmy się bardzo, że nas zauważą i będzie już po nas. Moje siostry i ja leżałyśmy cicho na ziemi, ani pisnęłyśmy. Mieliśmy szczęście, nie widzieli nas w tych kartoflach. Banderowcy nie doszli do naszej wioski, bo wypłoszyli ich mieszkańcy wsi.

Tydzień trwała podróż
Cztery lata po wojnie tatuś postanowił, że wyjedziemy z Wary na Prusy Wschodnie. Chciał powiększyć gospodarstwo, a nie widział możliwości rozwoju w naszej wiosce. Mama z początku była przeciwna pomysłowi ojca, tym bardziej, że trzy dni wcześniej urodziła córeczkę i miała obawy, jak jechać z takim maleńkim dzieckiem. W sobotę urodziła, w niedzielę były chrzciny, a w poniedziałek już wyruszyliśmy w podróż. Najstarsza siostra nie pojechała z nami, ponieważ nie chciała przerywać nauki i została do końca roku szkolnego. Mieszkała u naszych dobrych sąsiadów, opiekowała się ich małymi dziećmi. W Warze mieszkali rodzice i bracia mojej mamy. Mamusia nie chciała rozstawać się z rodziną, ale w końcu zgodziła się na wyjazd. Wcześniej już mój ojciec wraz z kilkoma sąsiadami pojechali na Prusy Wschodnie w poszukiwaniu odpowiedniego domu do osiedlenia się na tych ziemiach, bo po wojnie dużo domów i gospodarstw zostało opuszczonych przez Niemców, którzy stąd wyjechali. Tatuś wynajął jeden wagon do przewiezienia całego dobytku. Wprowadził do niego konia, dwie krowy, dwa cielaki, kury, a nawet kota, poza tym łóżko i trochę innych rzeczy. Wyruszyliśmy w podróż na Prusy Wschodnie w 1949 roku. Na drewnianym łóżku, które wstawił do wagonu, spała mama z maleńkim dzieckiem. Dla nas, w kącie wagonu, mamusia rozłożyła snopek siana, na którym spałam z młodszą siostrą. Mieliśmy mały piecyk na węgiel, tzw. „kozę”. Gotowałam na nim wodę, zupę
kartoflankę, bo mama była osłabiona po porodzie.

Kiedy pociąg zatrzymał się na dworcu w Orzyszu, wynieśliśmy wszystkie nasze rzeczy z wagonu i pakowaliśmy na furmanki. Przyjechali nimi na perony mężczyźni, którzy pomagali nam oraz ludziom wysiadającym w Orzyszu przy załadunku rzeczy na wozy. Naszego konia i krowy z cielakami tatuś przywiązał do wozu, a ja szłam pieszo i poganiałam bydło. Tatuś znalazł dom w Strzelnikach pod Orzyszem. Kiedy dojechaliśmy wreszcie do Strzelnik, moja siostra rozpłakała się, nie podobało jej się, chciała wracać do Wary. – Tu tylko las i nic więcej nie ma! – płakała. Mi bardzo się tam podobało. Dom stał przy drodze, piętrowy, cztery pokoje z dużą kuchnią. Nie było w nim drzwi, szyby na parterze powybijane, na podłogach leżało pełno szkła i gruzu. Jak tylko przyjechaliśmy, tatuś od razu zabrał się do naprawy domu. Powstawiał szyby w oknach, drzwi i powoli naprawiał i remontował dom. W wiosce mieszkali Mazurzy, którzy po wojnie stąd nie wyjechali oraz osiedleńcy, którzy tak jak my przyjechali z różnych stron. Przyjechaliśmy do Strzelnik na wiosnę i gdy tylko urządziliśmy się w nowym domu, tatuś zaczął orać pługiem ziemię, siać zboże, kartofle. Takie tam ugory były, perz i chwasty. Tatuś pożyczał konia od sąsiadów, bo nasz jeden koń na taką ziemię był za słaby. Nie poszłam do szkoły, żeby dalej się uczyć, pomagałam ojcu w gospodarstwie. Mama podupadła na zdrowiu, chorowała, więc zajmowałam się pracami domowymi, gospodarstwem i opiekowałam się najmłodszą siostrą. W 1951 roku zmarła mama. Tatuś ożenił się po raz drugi. Przeprowadziliśmy się do Drygał pod Białą Piską, bo stamtąd pochodziła macocha. Miała dom i trzy hektary ziemi. Tatuś podjął pracę na kolei, pracował jako dróżnik. Ja z siostrą pracowałyśmy w tartaku we wsi Pogorzel, ale tylko pół roku. Młode byłyśmy, szukałyśmy czegoś innego w życiu.
Nasza ciotka, siostra ojca, mieszkała we Wrocławiu. Często pisali do siebie listy. To ona zachęciła mnie i siostrę, żebyśmy przyjechały do Wrocławia. Tatuś nie miał nic przeciwko temu. Powiedział, że jak nie będzie nam tam dobrze to wrócimy. My nie namyślałyśmy się długo, wsiadłyśmy do pociągu i pojechałyśmy do ciotki. Pracowałyśmy w zakładzie spirytusowym. Praca nie była ciężka, ale taśmowa, więc trzeba się było szybko uwijać z robotą. Potem zostałam kierowniczką zespołu. Zadowolone byłyśmy, że zarabiałyśmy na swoje utrzymanie, kupowałyśmy sobie sukienki, buty. Jednak za monotonna dla nas była taka praca. Pojechałyśmy do Jelcza gdzie produkowano samochody ciężarowe. Tam w dziale szwalni szyłyśmy pokrowce na siedzenia do samochodów. Po jakimś czasie zachorowała nasza macocha, leżała dłuższy czas w szpitalu. Ojcu coraz ciężej było pracować w gospodarstwie. Postanowiłam, że wrócę do domu i mu pomogę. Siostra pojechała jeszcze do Jelcza do pracy, ale po paru miesiącach też wróciła do domu, nie chciała tam być sama.

Rodzina dla mnie najważniejsza
W 1956 roku wyszłam za mąż. Rok mieszkaliśmy razem z rodzicami w Drygałach. Potem dostaliśmy mieszkanie w Gorzekałach niedaleko Bemowa Piskiego. Po paru latach kupiliśmy gospodarstwo rolne w Piankach pod Orzyszem. Wychowaliśmy pięcioro dzieci. Taka gromadka dzieci potrzebowała sporo ubrań, a kiedyś nie było takiego wyboru w sklepach. Poszłam na kurs krawiecki, gdzie nauczyłam się kroju i szycia. Kupiłam maszynę do szycia, do dzisiaj ją mam, ale już rzadko ją używam. Potem dzieciom przerabiałam sukienki, skracałam spodnie, szyłam bluzki. Dzieci pozakładały swoje rodziny, powyjeżdżały do innych miast. Mamy sześcioro prawnuków, czterech chłopców i dwie dziewczynki. Nasze kochane wnuki. Do emerytury pracowaliśmy w Piankach na gospodarce. Kilka lat temu przeprowadziliśmy się do Orzysza i mieszkamy tu do dziś. Po ślubie jesteśmy już pięćdziesiąt dziewięć lat. Cieszymy się z mężem, że naszym dzieciom żyje się dużo lepiej niż nam w młodości.

Wysłuchała K.CH.
Polub nas na Facebooku:

Komentarze (1)

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Klio #1638912 | 195.117.*.* 19 sty 2015 09:16

    Bardzo dobry pomysł z zebraniem i opublikowaniem wspomnień mieszkańców. A im bardziej słowo "wysłuchała" w podpisie pasuje do zawartości, tym lepiej, moim zdaniem, brzmi tekst. Miłego nadstawiania ucha. Pozdrawiam.

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz