Sobota, 16 grudnia 2017. Imieniny Albiny, Sebastiana, Zdzisławy

Okruchy wspomnień

2014-12-21 11:00:00 (ost. akt: 2014-12-17 11:03:16)

Dziś już nieliczni mogą opowiedzieć o dramatach, które przeżyli w czasach swojego dzieciństwa czy młodości w okresie II wojny światowej. W tym wydaniu gazety mogą Państwo przeczytać wspomnienia Pani Zdzisławy z Orzysza.

Przed wojną moi rodzice mieli niewielkie gospodarstwo rolne, półtorej morgi ziemi. Niewiele mogę opowiedzieć o swoim dzieciństwie, czasami chciałabym zapomnieć o niektórych wydarzeniach. Urodziłam się na Rzeszowszczyźnie w miejscowości Godowa w 1939 roku. Ojca Niemcy wywieźli na roboty do Niemiec. Zostałyśmy z mamą i babcią same. Mama martwiła się czy tatuś wróci. Często chodziła do urzędu niemieckiego i starała się o jego powrót. Czasami otrzymywała jakieś wiadomości, że żyje, ale rzadko, w tamtych czasach na list czekało się bardzo, bardzo długo. Modliłyśmy się o jego szczęśliwy powrót. Przez tyle lat, mama, babcia i ja żyłyśmy nadzieją, że wróci do nas. Nasze modlitwy zostały wysłuchane. Ojciec wrócił dopiero w 1945 roku do Polski do domu.

Niedługo po wyzwoleniu ojciec zdecydował, że pojedziemy na Prusy Wschodnie, ponieważ tam ziemie są urodzajne, a po Niemcach, którzy pozostawili swoje domostwa, można osiedlić się w opuszczonym gospodarstwie. Mama nie chciała wyjeżdżać, bała się jechać w nieznane, bo nie wiadomo co tam zastaniemy, ale tata przekonał ją, że tam będzie nam lepiej. Ojciec chciał się rozwijać, dorobić się w życiu, wychować i wykształcić dzieci. Otrzymał kartę przesiedleńczą oraz bezzwrotną pożyczkę, ale nie wiem w jakiej kwocie na zagospodarowanie się na Prusach Wschodnich. Rodzice spakowali nasz niewielki dobytek, zabraliśmy ze sobą krowę, pierzynę, garnki, łóżko, a nawet dwa czy trzy ule z pszczołami. Tatuś zabezpieczył otworki w ulach siateczką, aby pszczoły nie wylatywały z niego. Pociąg już stał na stacji w Strzyżowie nad Wisłokiem i czekał na ochotników, którzy dokonali wyboru wyjechania z tych stron. Koledzy ojca pomogli załadować nasz cały dobytek do wagonu, którym mieliśmy jechać w nieznane. Kiedy już wszystkie rodziny ulokowały się w swoich wagonach, wszyscy popatrzyliśmy wokoło na łąki, pola i pociąg powoli ruszył.

Pamiętam, mama płakała
kiedy pociąg ruszał ze stacji. Nie chciała wyjeżdżać, bo jej rodzice zostali, rodzeństwo, a ona jechała w nieznane. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Godowa ja miałam dziesięć lat, braciszek cztery latka, a moja siostra pięć miesięcy. Bardzo długi był skład pociągu, nie wiem co znajdowało się w innych wagonach, do których ludzie nie wsiadali. Dziewięć rodzin z naszej wioski zdecydowało się wyjechać na Prusy Wschodnie, ale ochotników było więcej z innych miejscowości, oni również jechali na wschodnie tereny. Każda z tych rodzin miała do dyspozycji jeden lub dwa wagony, w zależności ile wiozła ze sobą rzeczy i jak była liczna. Nas było pięcioro, więc mieliśmy jeden wagon do dyspozycji. Tatuś wstawił piecyk w kącie wagonu, tak zwaną „kozę”. Rurę od piecyka tak zamontował w ścianie, by dym wydobywał się na zewnątrz, kiedy w nim palił się ogień. Mama gotowała obiady, ale tylko w czasie postoju. Kiedy pociąg jechał nie było to możliwe, ponieważ wszystko w wagonie kołysało się i porozlewałaby się zupa, albo woda. Nie paliliśmy w piecyku w czasie jazdy pociągu, żeby żar nie wypadł na podłogę i nie zaprószyć ognia. Siedziałam z bratem w kąciku, mama otuliła nas kocykiem, bo zimny wiatr przenikał między deskami wagonu i tak przytuleni do siebie siedzieliśmy spokojnie, bo wagon podskakiwał i kołysał się w czasie jazdy. Drzwi zamknięte były, ale chwialiśmy się z boku na bok. Mama tuliła moją maleńką siostrzyczkę, bardzo dbała o nią, żeby nie zachorowała. Spaliśmy na łóżku przykryci pierzyną, nieraz wsłuchiwałam się w stukot kół pociągu, kiedy nie mogłam zasnąć. Całą podróż tym jednym pociągiem jechaliśmy. Takie wagony służyły do przewożenia bydła, nie było w nich wygód. Kiedy pociąg zatrzymywał się na jakiejś stacji to tatuś szedł po wodę. Ludzie wychodzili z wagonów, robiło się głośno wokół, wszyscy nosili wiadra z wodą, rozmawiali. Zawsze ciekawa była wszystkiego, patrzyłam jak tatuś idzie pod taką wielką pompę i nalewa wodę do wiader, kanek. Potem chodził do sklepu kupić żywność, bo zapasy powoli kończyły się, a nie wiadomo kiedy dojedziemy do celu naszej podróży. Mamusia miała przygotowane trochę jedzenia na podróż, chleb, ziemniaki, kaszę, ale nie przypuszczała, że tyle czasu ta podróż zajmie. Jechaliśmy jeden dzień i nie wiadomo dlaczego pociąg zatrzymywał się, odstawiali nas na bocznicę i staliśmy po kilkanaście godzin. Za Warszawą w jakiejś miejscowości nasz pociąg zatrzymał się na trzy dni i musieliśmy czekać, aż ponownie ruszy. Kobiety gotowały wtedy obiady, tatuś i inni mężczyźni szukali drewna do palenia w piecykach. Kiedy tatuś przyniósł gałęzie, porąbał je na kawałki, to pomagałam mu wnosić do naszego wagonu i układałam w kącie. Dzieciom nudziło się, gdy długo czekaliśmy na bocznicy, więc ganialiśmy się w pobliżu pociągu. Myśleliśmy już, że nie dojedziemy do celu naszej podróży. Jechaliśmy jak „Pawlaki ‘’ z filmu „Sami swoi” – ten film doskonale pokazał realia, które myśmy przeżyli. Film to komedia, ale nam nie było wcale do śmiechu. Czasami płakaliśmy, traciliśmy nadzieję, bo ile można jechać i jechać? Coraz zimniej nam było. Na Rzeszowszczyźnie jest cieplej, tam region jest cieplejszy. We wrześniu wyruszyliśmy na Prusy, a wtedy ten miesiąc był zimny i jak jechaliśmy na Wschód, to coraz zimniej nam było, wiatr wiał. Dwa tygodnie jechaliśmy pociągiem na Prusy Wschodnie.

Wreszcie dojechaliśmy do celu naszej podróży
Wysiedliśmy w Orzyszu. Pamiętam do dziś, mam ten obraz przed oczami, jak rozejrzałam się dookoła, kiedy wysiedliśmy z pociągu. Przy dworcu, przy ulicy Kolejowej stały domy, niektóre osmolone, czarne, popalone, tylko kominy sterczały i resztki murów. Taki widok Orzysza utkwił mi w pamięci, bardzo przejęłam się tym co zobaczyłam. Tatuś przenosił na wóz nasze rzeczy, a ja i inne dzieci biegaliśmy po tych murach, wszędzie zaglądaliśmy, wszystko nas ciekawiło. Nadal, jak tylko wspominam tamte lata, mam przed oczami ten tragiczny widok. Niektórzy nasi towarzysze podróży mieli konie i wozy na żelaznych kołach, więc po załadunku swoich rzeczy jechali dalej furmankami. Tatuś pożyczył konia i wóz od kogoś, ile zmieściło się rzeczy to włożył na wóz i przywiązał krowę do wozu. Szłam za tą krową i poganiałam ją kijkiem, bo nie chciała iść, a jak zmęczyłam się to wsiadałam na wóz. Jechaliśmy do wsi kilkanaście kilometrów za Orzyszem, w której mieliśmy się osiedlić. Kiedy tam dotarliśmy nie było nam wesoło. W domu wstawione były drzwi, okna, ale wszędzie pełno było jeszcze gruzu, nawet młode drzewka w środku domu rosły. Rodzice musieli pousuwać najpierw to wszystko, dopiero mogliśmy zamieszkać w tym domu.
Ziemia leżała odłogiem. Zaczynaliśmy na tej ziemi nowe życie. Za pieniądze, które dostaliśmy na zagospodarowanie się tutaj tatuś kupił konia i to, co nam potrzebne było do życia. Mój ojciec dobrze znał język niemiecki, dobrze nauczył się nim posługiwać, kiedy był w Niemczech na robotach przez tyle lat. Umiał się dogadać z Niemcami, którzy po wojnie nie wyjechali i zostali w tej wiosce. Pomagali nam, wspomagali nas, dobrzy to byli ludzie. Pożyczali nam konia do orania, bo naszemu ciągnąc pług było za ciężko. Mój tatuś był dobrym człowiekiem, wszyscy go lubili, umiał dogadywać się z ludźmi.

Od nowa na mazurskiej ziemi zaczynaliśmy. Rodzice uprawiali ziemię, na wiosnę sadzili ziemniaki, siali zboże, hodowali trzodę chlewną. W naszej wiosce znajdowała się szkoła podstawowa, więc uczęszczałam od czwartej klasy do siódmej, bo w Godowie skończyłam tylko trzecią klasę. Po ukończeniu podstawówki trzy lata uczyłam się w Ełku w Technikum Handlowym. Mieszkałam w internacie, po skończeniu szkoły wróciłam do domu, do rodziców. Pomagałam im w gospodarstwie, nie pracowałam zawodowo.

Pokochałam mazurską ziemię
te lasy, jeziora. Wiedziałam już, że tu jest moje miejsce. Coraz więcej koleżanek miałam, chodziłyśmy na zabawy. Czasami jak zabawa była w sąsiedniej wsi, to tatuś mnie i brata zawoził wozem na potańcówkę. Nie wracał do domu tylko u znajomego siedział i czekał, aż zabawa skończy się i przywoził nas z powrotem do domu. Tatuś był dla nas bardzo dobry, wyrozumiały.

Wyszłam za mąż mając osiemnaście lat. Znaliśmy się już od szkolnych lat, uczyliśmy się w tej samej szkole. Bardzo porządnym był chłopakiem, dlatego go poślubiłam. Kupiliśmy kilkanaście hektarów ziemi i w tej samej wiosce, z pomocą rodziców moich i mojego małżonka wybudowaliśmy dom, założyliśmy gospodarstwo rolne. Mąż, podobnie jak mój ojciec ukochał ziemię, lubił pracę na gospodarstwie. Pomału dorabialiśmy się, kupowaliśmy sprzęty, maszyny rolnicze. Praca na gospodarce, jak to praca, od świtu do wieczora. Sialiśmy przeważnie buraki cukrowe, zboża, rzepak. Kto pracował na gospodarce, ten wie, ile sił trzeba włożyć , żeby coś osiągnąć. Urodziłam czwórkę dzieci, pokończyły szkoły, usamodzielniły się i dzisiaj dobrze im się powodzi. Przeżyliśmy ze sobą pięćdziesiąt trzy lata. Mąż, zmarł pięć lat temu. Pusto w domu jest bez niego, ale dzieci i wnuki, a mam ich dwanaścioro oraz prawnuki – ośmioro nie pozwalają mi się smucić. Często odwiedzają mnie, dzwonią, troszczą się o mnie, a ja zawsze czekam z dobrym ciastem na nich wszystkich.
Wysłuchała K.CH.
Polub nas na Facebooku:

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB