Poniedziałek, 26 czerwca 2017. Imieniny Jana, Pauliny, Rudolfiny

Nie mogę tego zapomnieć

2014-12-14 13:00:00 (ost. akt: 2014-12-12 13:14:03)

Pani Genowefa mieszka w Orzyszu. Dzisiaj opowiada nam o swoim życiu. Urodziła się w 1933 roku we wsi Rupin koło Kolna, dzisiejsze województwo podlaskie. Pochodzi z wieloletniej rodziny. Miała czterech braci i trzy siostry. W jej życiu były chwile i dobre i mniej przyjemne. Opowiada o swoim dzieciństwie, o tym , co pamięta z okresu wojny i lata późniejsze. To jedna z wielu historii z dawnych lat.

Rodzice mieli niewielkie gospodarstwo i utrzymywali się z tego co ziemia urodziła. Parę sztuk zwierząt gospodarskich hodowali, jak to na wsi. Sad duży mieliśmy, a w nim dużo drzewek jabłoni, grusz, śliw. Po latach, kiedy nie mieli już sił pracować, najstarszemu bratu rodzice przekazali gospodarkę, a oboje przeszli na emeryturę. Rodzice dożyli przy nim do końca swoich dni. Mama urodziła mnie mając 45 lat, byłam najmłodsza z rodzeństwa i bardzo kochana. W domu radość była ogromna, że jest jeszcze takie małe dziecko. Rodzice ganiali do pracy na polu, starsze rodzeństwo, a ja miałam luzy, jak to dzisiaj się mówi. Kiedy były żniwa, to tylko dla rozrywki chodziłam. Tatuś z braćmi kosami kosili zboże, mamusia z siostrami zbierały snopki, wiązały je pasami ze splecionych źdźbeł i ustawiały w tzw. dziesiątki. Tatuś był bardzo dokładny, u niego nic nie mogło się zmarnować. Do mnie mówił – pozbieraj te kłosy, pozbieraj. Chodziłam po polu i zbierałam kłosy. Wszystko było bardzo szanowane, a szczególnie jedzenie, chleb. Do szkoły podstawowej chodziłam tylko do piątej klasy, a nauczycielka przyjeżdżała nas uczyć ze wsi Wincenta. Pamiętam na lekcji pani zapytała nas, kim w przyszłości chcemy zostać? Ja powiedziałam, że chcę zostać krawcową, a nauczycielka powiedziała, że za dobrze się uczę i powinnam dalej się uczyć. Spełniło się moje marzenie, bo jednak zostałam krawcową.

Pamiętam wybuchy bomb niedaleko naszej wioski
Nad ranem, może to była czwarta godzina, tatuś wstał i pobudził wszystkich zaniepokojony, bo usłyszał jakiś dziwny huk. Wyszedł na podwórko, szum z każdą chwilą zbliżał się w naszym kierunku. Kazał nam szybko ubrać się, mówił, że grozi nam niebezpieczeństwo. Mamusia założyła nawet sukienkę, którą miała już wcześniej przygotowaną na śmierć (kiedyś takie zwyczaje panowały, że ludzie przygotowywali sobie ubrania w razie śmierci). Pamiętam do dziś jej słowa - ja już jestem gotowa jak mnie zabiją. Wzięła mnie za rękę i wszyscy pobiegliśmy pod mostem schować się, który znajdował się niedaleko naszego domu. Pod nim nie płynęła rzeka, to był taki tunel łączący dwa wzniesienia. Nasi sąsiedzi również przybiegli w to samo miejsce. Słyszeliśmy huk rozrywanych pocisków, siedzieliśmy pod tym mostem i modliliśmy się, żeby w nas nie trafiła bomba. Krowy pasły się na łąkach, bo nie zdążyliśmy nawet ich zagnać w jakieś bezpieczniejsze miejsce. Pociski wybuchały pomiędzy nimi, one tylko podrygiwały od huku, ale o dziwo, żadnej nic się nie stało, żadna nie została zabita. Bombardowanie nie trwało długo, może parę godzin. Mój tatuś i sąsiad zawiesili na kiju białe szmatki dając tym znak, że w tym miejscu jesteśmy, żeby nikt do nas nie strzelał. Kiedy już wszystko ucichło, a wojska przesunęły się dalej, więc czym prędzej poszliśmy do domu. Nasz dom nie został uszkodzony, nie było żadnych zniszczeń na szczęście. Nasza wioska niewiele ucierpiała tego dnia w wyniku działań wojennych, ale w jeden dom trafiła bomba. Zginęła cała rodzina – młode małżeństwo i ich mała, pięcioletnia córeczka. Wszyscy żałowaliśmy, że tacy młodzi zginęli. Nie zdążyli uciec.
Potem, kiedy wojna się skończyła i Niemcy uciekali przed wojskami rosyjskimi też baliśmy się o nasze życie. Przyszli Niemcy i zabierali nam krowy, świnie, nawet kury nam pozabierali. Nic ich nie obchodziło, że zostaniemy bez dobytku, nie będziemy mieli co jeść, zabierali nam wszystko. Do dziś mam przed oczami dzień, kiedy Niemcy przyszli do naszego domu, wyciągnęli z chlewika świniaka, zabili go i zażądali od mamusi prześcieradła. Włożyli go w to prześcieradło i patrzyliśmy jak we czterech z nim odchodzą. Zabrali nam też młodego konika, taki piękny był, tak go żałowaliśmy. Nic rodzice nie mogli zrobić, bo bali się, ze nas pozabijają.

Po wojnie życie toczyło się dalej
Kiedy skończyłam czternaście lat, wyjechałam z Rupina do Pisza. Mój brat uczył się już w Piszu w szkole. Dowiedział się, że jest tam też szkoła odzieżowa, więc podjęłam decyzję, że pojadę do Pisza do zawodówki. Cztery lata chodziłam do tej szkoły, bo pierwszy rok nauki to była klasa wyrównawcza. Skończyłam szóstą klasę podstawówki, a potem jeszcze trzy lata szkoły zawodowej. Mieszkałam u siostry, bo ona była już mężatką i również mieszkała w Piszu. Kanapki robiła mi do szkoły, ubrania poprała, poprasowała. Tak jak wspominałam wcześniej, wszyscy mnie kochali, więc u siostry czułam się jak w domu. Często przyjeżdżaliśmy z klasą do Orzysza, do Spółdzielni Odzieżowej „Miara” przyjrzeć się pracy w tym zakładzie. Miałam takie myśli, aby po skończeniu szkoły zawodowej podjąć pracę w „Miarze” w Orzyszu. Po ukończeniu szkoły odzieżowej przyjechałam do Orzysza i od razu zatrudniono mnie w szwalni. Dwa tygodnie pracowałam tylko na maszynie. Wysłano mnie i kilka jeszcze pracownic do Gdańska - Wrzeszcza na miesiąc na kurs. Tylko teorii uczyłyśmy się przez ten miesiąc. Zdałam z wynikiem bardzo dobrym z czego bardzo się cieszyłam. Po powrocie z kursu tylko parę miesięcy pracowałam na maszynie. Przeniesiono mnie do działu brakowania. Moja praca polegała na kontroli jakości uszytych już wyrobów jako brakarka. W gotowych wyrobach czasami brakowało guzika, kieszenie źle przyszyte, szwy nierówne albo ścieg nierówny, to zadaniem moim było oddać szwaczce do poprawienia. Bardzo dużo różnego asortymentu szyło się: pidżamy damskie i męskie, pościel, sukienki, fartuszki ochronne, spodnie, spódnice. Dużo przyjeżdżało młodych dziewczyn do pracy do „ Miary”, zawsze wesoło było. Mój średni brat pracował w Radomiu jako naczelnik poczty, koniecznie chciał mnie zabrać do siebie. Przygotował mi nawet stanowisko pracy na poczcie, wyszykował pokoik u siebie w domu, żebym miała gdzie mieszkać, zachwalał, że dobrze mi będzie u niego. Wahałam się, ale postanowiłam jednak zostać w Orzyszu. Poznałam już dużo koleżanek, pracę miałam dobrą, czego chcieć więcej?
Po dwóch latach pobytu w Orzyszu poznałam mojego przyszłego męża. Poszłam z koleżanką na zabawę potańczyć w klubie. Podeszło do nas dwóch przystojnych chłopaków. Ten, który poprosił mnie do tańca bardzo mi się spodobał. Prawie cały wieczór przetańczyliśmy razem. Potem spotykaliśmy się w mieście i po dwóch latach znajomości postanowiliśmy się pobrać. Miałam dwadzieścia jeden lat, kiedy wyszłam za mąż. Zaraz po ślubie mieszkaliśmy na stancji i powoli budowaliśmy nasz wspólny świat. Dzieci przychodziły na świat, cieszyliśmy się, że zdrowo rosną. Wyrosły na porządnych ludzi, usamodzielniły się i powyjeżdżały do większych miast do pracy. Cieszyliśmy się z każdej rzeczy, którą kupiliśmy do domu. Mąż pracował w mleczarni siedemnaście lat, a potem w „Meprozecie” ponad dwadzieścia lat. Bardzo dbał, żeby niczego nam nie brakowało. W „Miarze” pracowałam aż do emerytury, trzydzieści pięć lat. Zawsze bardzo miło wspominam swoje lata pracy, koleżanki, z którymi tyle lat pracowałam.

Pozostały mi tylko smutki
Po ciężkiej chorobie zmarł mój najstarszy syn, miał 54 lata. Po czterech i pół roku od śmierci syna odszedł mój mąż. Przeżyliśmy ze sobą sześćdziesiąt lat, a to nasze życie minęło jak chwila. Poumierali już moi bracia i siostry. Nie powiem, że ciężko mi jest, ale pozostał mi smutek, żal. Przychodzi często synowa do mnie, pomaga mi, mam w niej duże oparcie. Wnuki często dzwonią do mnie, odwiedzają. Święta spędzimy wszyscy razem. U mnie w domu zawsze przygotowujemy Wigilię, wspólnie robimy potrawy. Powspominamy dawne lata, pooglądamy zdjęcia.

Wysłuchała K.CH.
Polub nas na Facebooku:

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB