Czwartek, 24 sierpnia 2017. Imieniny Bartosza, Jerzego, Maliny

Tamte lata, co minęły

2014-11-22 12:00:00 (ost. akt: 2014-11-20 14:06:13)
Pan Stanisław Kopańczyk

Pan Stanisław Kopańczyk

Autor zdjęcia: K.Ch.

W dzisiejszym numerze naszej gazety gości pan Stanisław Kopańczyk , który chętnie zgodził się powspominać lata swego dzieciństwa, lata młodości. Dzięki takim ludziom, jak nasz bohater możemy ocalić od zapomnienia wiele wydarzeń, których oni byli światkami. Przekazują je swoim bliskim, przyjaciołom, znajomym.

- Urodziłem się 4 maja 1930 roku we wsi Budy – Mikołajka, gmina Piątnica, obecnie województwo podlaskie. Rodzice mieli gospodarstwo rolne, 12 hektarów ziemi . Mama urodziła dziewięcioro dzieci, dwie dziewczyny i siedmioro chłopców, ale dwoje zmarło zaraz po urodzeniu, ja urodziłem się jako piąty z kolei.

Jakie było moje dzieciństwo?
Już jako mały chłopak pomagałem rodzicom w pracach w gospodarstwie. Miałem pięciu braci, ale wszyscy mieliśmy i co robić, jak to na gospodarstwie. Siostry mamie pomagały w lżejszych pracach domowych, a chłopaki ojcu na polu. Pajdę chleba w rękę brałem, mlekiem popiłem i szedłem krowy paść. Czasami z innymi kolegami robiliśmy sobie taką gościnę, słoniny, chleba wzięliśmy z domu. Krowy pasły się opodal, a my ucztowaliśmy. Czasami ognisko rozpaliliśmy, by upiec kartofli. Starszy brat nie lubił pracy na polu, kiedy były żniwa on brał akordeon w ręce i szedł gdzieś pograć sobie, nie lubił ciężko pracować, ja za niego musiałem robić. Jak kończyłem już pracę to i on się zjawiał, taki z niego spryciarz. Do szkoły podstawowej chodziłem kilka kilometrów do Dobrzyjałowa, tylko do pierwszej i drugiej klasy, potem wybuchła wojna, więc nauka została przerwana. Moja mama zmarła w 1940 roku, najstarsza siostra wtedy zajmowała się nami, młodszym rodzeństwem. Kiedy siostra wyszła za mąż i wyjechała z Mikołajki , ojciec ożenił się po raz drugi. Tata był cieślą, zawsze miał dużo pracy, beczki dębowe robił, drewniane poidła dla zwierząt gospodarskich. Komuś spaliła się stodoła, ktoś stawiał nową, to wołali ojca do pracy. Wszystko z drzewa umiał zrobić. Macocha była dla nas bardzo dobra, nie miała swoich dzieci, ale dbała o nas jak o własne dzieci.

Zamiast ojca na roboty
Pamiętam rok 1944.Tatuś musiał stawić się w określony dzień i godzinę do biura żandarmerii w Piątnicy, ponieważ dostał nakaz przymusowej pracy. Tata wrócił z tą wiadomością do domu. Miałem już czternaście lat, rozumiałem pewne sprawy. Powiedziałem rodzicom, że to ja pójdę za ojca na roboty do Niemców. Nie wiadomo co by się stało z nami w tych niepewnych czasach kiedy nie byłoby ojca. On był bardziej potrzebny mamie i rodzeństwu. Byłem młody, silny i większe miałem szanse na przeżycie aniżeli ojciec. Dla żandarmów chyba było to obojętne kogo wezmą, mojego ojca czy mnie. Kiedy stawiłem się na drugi dzień pod budynkiem żandarmerii w Piątnicy, już stał tam samochód ciężarowy. Kilkudziesięciu młodych chłopaków jak też starszych mężczyzn siedziało na ciężarówce i zawieźli nas do Nowogrodu. Tam kopaliśmy okopy, bo front się zbliżał. Nie pamiętam ile czasu tam pracowałem. Potem pieszo do wsi Korzeniste pod Kolnem nas pognali, a stamtąd samochodem wywieźli nas na tereny niemieckie do Turowa pod Piszem. Tam też kopaliśmy bunkry i rowy przeciwczołgowe. Któregoś dnia przyjechał Niemiec z żoną, którzy mieszkali w Turowie i mieli tam gospodarstwo. Szukali mężczyzn do pomocy w gospodarstwie. Tak się stało, że właśnie mnie wybrali, może dlatego, że byłem silny i zwinny. Rok czasu, do końca wojny, pracowałem u Niemców na gospodarce. Dobrze mi u nich było, dobrze mnie traktowali, również dwoje Polaków, chłopaka i dziewczynę, którzy też tam pracowali. Jedliśmy wszyscy przy jednym stole z niemieckimi gospodarzami. Jednak tęskniłem do domu, do rodziny. Kiedy Niemka pojechała do Pisza po jakieś sprawunki, a jej męża też nie było w domu, uciekłem stamtąd, pomimo, że nie było mi tam źle.

Tęskniłem do domu rodzinnego, do rodziny
Nie kryłem się ani po polach, ani po lasach, szedłem drogą w kierunku Łomży, nikt mnie na szczęście nie zatrzymywał, nie kontrolował, nikt nie pytał gdzie ja idę. Pieszo doszedłem aż do Małego Płocka. Mieszkała tam moja cioteczna siostra, przenocowałem u niej i na drugi dzień wyruszyłem pieszo w stronę domu rodzinnego. Młody byłem, co to było dla takiego chłopaka. Rodzice całą wojnę mieszkali w Mikołajce, mieliśmy szczęście, że nie przeżyliśmy tego, co ludzie z okolicznych wiosek, którzy musieli opuszczać swoje domy gdy front stał na Narwi. Jedna taka rodzina wysiedleńców mieszkała u nas w domu, w jednym pokoju. Wróciłem do domu, do rodzinnej wsi. Mojego starszego brata też Niemcy zabrali na roboty na Prusy Wschodnie, wywieźli go na Grądy pod Orzyszem. Po wojnie wrócił do domu, do Mikołajki, ale nie na długo. Wrócił z powrotem w 1946 roku na Prusy, ożenił się z córką gospodarza, u których wcześniej pracował, a ja postanowiłem z bratem pojechać do Orzysza.

Po wyzwoleniu dużo domów tam było wolnych, całe dawne gospodarstwa poniemieckie zostały opuszczone. Brat mieszkał w domu na Grądach pod Orzyszem, więc zamieszkałem razem z nim. Potem przyjechała też moja siostra do Orzysza, pracowała w Spółdzielni Odzieżowej „Miara”. Mieszkała przy ulicy Giżyckiej to przeprowadziłem się do niej. Od dziecka interesowałem się kowalstwem. Lubiłem patrzeć na jak iskry tryskają spod uderzeń młota, gdy kowal kuł żelazo, lubiłem ten metaliczny dźwięk dochodzący z kuźni. W podwórku przy ulicy Cierniaka - dawniej ul. Ogrodowa, miał kuźnię pan Ferdynand Dąbrowski. Uczyłem się u niego zawodu kowala dwa i pół roku. Koła metalowe do wozów robiłem, podkowy, konie podkuwałem, osie do wozów, potem metalowe części do ciągników. Od 1947 roku działałem w Ochotniczej Straży Pożarnej w Orzyszu. Pamiętam pierwszą sikawkę ręczną do gaszenia pożarów. Końmi jeździliśmy do pożarów. Zrobiłem prawo jazdy na traktor i kombajn. Coraz więcej ludzi osiedlało się w Orzyszu i w okolicznych wioskach, powstawały gospodarstwa rolne. Ludzie zaczęli uprawiać ziemię, więc potrzebni byli traktorzyści do likwidowania ugorów, orania pól, koszenia łąk. Potem kombajniści do koszenia zbóż. W Odojach, w Czarnej, Ubliku, gdzie potrzebowano traktorzystów do pracy na polach tam jechałem. Pracowałem też na poczcie pięć lat jako listonosz. Przez dwa lata w Orzyszu roznosiłem listy, a potem rowerem jeździłem po wioskach z listami. Z kolegami założyłem zespół muzyczny i graliśmy na weselach. W Gminnej Spółdzielni była sala przeznaczona na zabawy, dancingi, również i tam graliśmy na różne okazje. Jeden grał na skrzypcach, drugi na trąbce, ja na perkusji, na saksofonie kolega pięknie grał, jeszcze jeden na akordeonie. Wesoło było, oj wesoło!

Dzisiaj nie ma życia w Orzyszu, wszyscy tacy smutni, zabiegani. Kiedyś też pracowaliśmy i to ciężko, ale na zabawy w każdą sobotę zbierała się młodzież na Grądach u kolegi. Kolega grał na akordeonie, wszyscy śpiewaliśmy, tańce do późnej nocy, a często do rana trwały. Przychodziły też dziewczęta na zabawy i na jednej takiej potańcówce poznałem dziewczynę. Po roku znajomości pobraliśmy się, w 1952 roku wzięliśmy ślub. Mieszkaliśmy w bloku przy ulicy Ełckiej. Po kilku latach kupiliśmy jednorodzinny dom z ogrodem. Dzieci mieliśmy ośmioro. Żona długo chorowała i zmarła w 1995 roku. Poszedłem na wcześniejszą emeryturę po 42 latach pracy.

Piękne lata młodości minęły bezpowrotnie. Dzisiaj, każdy zamknie się w czterech ścianach i jedyną rozrywką jest telewizor. Często chodzę na spacery, porozmawiam z ludźmi, z kolegami o dawnych latach… co minęły.

K.Ch.
Polub nas na Facebooku:

Komentarze (1)

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. imiennik Pana Stanislawa #1574055 | 195.117.*.* 24 lis 2014 21:29

    Potwierdzam;Pan Stanisław to bardzo pozytywny i wesoły chłop;) Zdrowia mu dużo życzę;)Pozdrawiam przy okazji redakcję za fajny cykl opowiadań.

    Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz