Piątek, 15 grudnia 2017. Imieniny Celiny, Ireneusza, Niny

Kolory minionych lat

2014-11-16 11:00:00 (ost. akt: 2014-11-13 15:54:26)
Zdjęcie jest tylko ilustracją do tekstu. (rok 1972)

Zdjęcie jest tylko ilustracją do tekstu. (rok 1972)

Autor zdjęcia: sokolka.fotopolska.eu

Życie jej nie pieściło, ale nigdy nie narzekała na swój los, zawsze mówiła, że tak musi być. Pani Janina Grabowska z Orzysza opowiada nam dzisiaj historię swojego życia. Szczuplutka kobieta, a ileż w niej siły i otwartości do ludzi.


- Urodziłam się w 26 listopada 1943 roku we wsi Palestyna, powiat Sokółka, dawniej województwo białostockie. Rodzice mieli trochę ziemi, pracowali na gospodarce. Miałam cztery siostry i brata, ja byłam najstarsza z rodzeństwa. Nie mieliśmy żadnych zabawek, lalkę zrobiliśmy ze szmatek, a potem biliśmy się, bo każdy chciał się nią bawić. Do zabawy służył stary garnek, który mama wyrzuciła. Turlaliśmy go po podwórku, do ucha przywiązywaliśmy kawałek sznurka i ganialiśmy się na zmianę za tym garnkiem. Do szkoły podstawowej chodziłam do siódmej klasy, dalej nie poszłam się uczyć bo rodziców nie było stać aby posłać mnie dalej do szkoły. Dobrze się uczyłam, z matematyki i geografii miałam najlepsze oceny, tabliczki mnożenia bardzo szybko się nauczyłam. Nie było jeszcze prądu we wsi, przy lampach naftowych odrabialiśmy lekcje. Mama przędła na kołowrotku wełnę i potem działa z niej swetry, kamizelki, rękawiczki, czapki, skarpety. Na krosnach tkała narzuty na łóżka, dywaniki. Do dzisiaj mam wełnianą narzutę na łóżko wykonaną przez moją mamę. Tyle lat już ją mam, dbam o nią i wygląda jak nowa. Prząść na kołowrotku jednak nie nauczyłam się, nie wychodziło mi to dobrze. Tkać na krosnach umiałam, to było prostsze niż przędzenie wełny. Najstarsza z rodzeństwa byłam, więc najwięcej obowiązków miałam w domu, ciężko pracowałam. Chodziłam z ojcem na podmokłą łąkę i kopałam torf. Tatuś łopatą czy jakąś foremką, nie pamiętam już czym kopał torf, a ja układałam równo cegiełki torfu w rzędach na łące, leżały tak aż do wyschnięcia na słońcu. Potem ładowaliśmy torf na wóz, przywoziliśmy do domu i układaliśmy w szopie. Całą zimę paliliśmy torfem w piecach. Rano, przed pójściem do szkoły musiałam narwać zielska dla świń dwa worki. Pieszo chodziłam dwa kilometry do szkoły do wsi Klimówka. Rodzice nie wozili dzieci samochodem pod szkołę jak dzisiaj, tak dobrze to nie mieliśmy. Po zajęciach szkolnych latem rodzice zabierali nas na pole, ojciec kosił kosą zboże, matka zbierała to zboże w snopki, a my skręcaliśmy pasy do wiązania snopków i zagrabialiśmy pozostałe źdźbła. Kiedy wróciłam po szkole do domu musiałam drewna do palenia w kuchni kaflowej przynieść, wody ze studni przynieść. Zimą, kiedy śniegu było po kolana i mróz szczypał za nos chodziłam pieszo do szkoły. Czasami ktoś z wioski jechał końmi do Klimówki i podwiózł mnie do szkoły. Nauczycielami było małżeństwo, które nie miało własnych dzieci. Wiedzieli, że ja jestem bardzo pracowita, nie trzeba było mi dwa razy powtarzać co mam robić, więc chcieli mnie adoptować, ale moi rodzice nie zgodzili się na to. Pomimo, że mieli nas gromadkę dzieci i nieraz ciężko nam było, czasami chleba brakowało to jednak rodzice nie wyrazili zgody, aby mnie oddać bezdzietnemu małżeństwu.

Kiedy już trochę podrosłam chodziłam do sąsiedniej wioski do gospodarzy pracować w polu, przy dojeniu i pasieniu krów, by zarobić na chleb. Ludzie zamiast pieniędzy płacili zbożem. Tata zboże zmielił na mąkę, a mama piekła wtedy chleb. Może trudno w to uwierzyć, ale pamiętam smak i zapach tego pieczonego chleba. Pachniało w całym domu, długo był świeży, z mlekiem prosto od krowy smakował najlepiej. Powoli i nam zaczęło powodzić się coraz lepiej, parę świń, krowy, owce mieliśmy. Z mleka mama robiła twaróg i sery, które na targu sprzedawała. Dwa razy w roku było świniobicie, na Wielkanoc i na Boże Narodzenie. Świeżynki mama nasmażyła, a resztę mięsa kładła do dębowej, dużej beczki. Soliła i tak przechowywało się mięso, bo lodówek nie było kiedyś. Skwareczek mama nasmażyła, na ziemniaczki posypała, ależ to było pyszne!

Mojej mamy brat ze swoją żoną mieszkali we wsi Turowo za Piszem w PGR – rze. Ciotka spodziewała się drugiego dziecka, więc poprosiła mnie abym przyjechała do nich pomóc w opiece nad starszym dzieckiem. Pilnowałam ich dziecka, pomagałam cioci w pracach domowych, zajmowałam się inwentarzem, bo ciocia z wujkiem oprócz pracy w PGR – rze hodowali też krowy, świnie, to ja byłam teraz całą gospodynią u nich. Cały czas u nich mieszkałam aż ciocia urodziła córeczkę. Bardzo mnie lubili, bo byłam pracowita, nie leniłam się do żadnej roboty, zżyłam się z nimi, więc zostałam matką chrzestną ich córeczki. Chrzestnym został wujka znajomego syn, który mieszkał w sąsiedniej wiosce. Trzymaliśmy oboje małą Tereskę do chrztu. Taki był początek naszej znajomości. Po chrzcinach ja wróciłam do swoich rodziców, do Palestyny. Po paru miesiącach mój ukochany przyjechał ze swoimi rodzicami do nas.

Już wiedzieliśmy, że będziemy razem
W 1964 roku wyszłam za mąż, miałam dwadzieścia jeden lat. Ślub był skromny. Mąż zabrał mnie do swoich rodziców do Jeży (wieś między Piszem a Kolnem). Biednie tam się nam żyło, dzieci gromada, czasami chleba brakowało. Nic nie dostałam w posagu od moich rodziców, ani rodzice męża nam nic nie dali, oboje pochodziliśmy z biednych rodzin. Sami musieliśmy zadbać o siebie. Rok mieszkaliśmy u teściów, potem dostaliśmy mieszkanie w PGR - rze już, własny mały kącik, bo podjęliśmy oboje pracę w Państwowym Gospodarstwie Rolnym. Dobrze wspominam te czasy, zarabialiśmy dosyć dobrze, za dobrą pracę otrzymywaliśmy trzynastki, nagrody. Dostaliśmy dwadzieścia pięć arów ziemi, hodowaliśmy świnie, nutrie, gołębie, króliki. Pracy było ogromnie dużo, żeby naszykować jedzenia dla tych zwierząt codziennie, ile czasu trzeba było poświęcić. Jednak taka była codzienność, nie baliśmy się ciężkiej pracy. Ręce bolały od dźwigania worków ze zbożem, z kartoflami, wyciągały się do ziemi od ciężarów. Dojenie krów odbywało się ręcznie, nie było tyle urządzeń, maszyn i udogodnień co dzisiaj, większość prac wykonywaliśmy ręcznie. Snopowiązałkami kosiło się zboże, a kobiety zbierały i ustawiały w dziesiątki snopki. Potem męża skierowano do pracy na traktorze. Jeździł pola orać, siać zboża itp., Mnie też nauczył jeździć na traktorze. Kiedy mąż zajmował się innymi pracami wówczas ja siadałam na traktor czy też siewnik i jeździłam na pole, żadnej pracy się nie bałam. Po urodzeniu dzieci tylko trochę odchowałam je i dalej do pracy poszłam. Chłopaki rośli jak na drożdżach. Nie mogłam pozwolić sobie na siedzenie w domu.

Do pracy - do Orzysza
Dostaliśmy służbowe przeniesienie do pracy w PGR -rze w Mikoszach pod Orzyszem. Mieszkanie otrzymaliśmy większe, ładniejsze, a nawet pomieszczenia gospodarcze i znów na swoje potrzeby zaczęliśmy hodować świnie, króliki. Mąż założył niewielką pasiekę, więc i miód mieliśmy swój. Oboje pracowaliśmy, coraz lepiej nam się układało życie. Chcieliśmy aby naszym synom było lżej w życiu, więc postanowiliśmy wpłacić pieniądze na mieszkanie spółdzielcze. Tak sobie myśleliśmy, że może nie będą chcieli mieszkać i pracować na wsi, a przeniosą się do miasta. Bardzo długo czekaliśmy na mieszkanie, ale takie czasy kiedyś były. Kiedy wreszcie w 1991 roku otrzymaliśmy mieszkanie w bloku w Orzyszu to przeprowadziliśmy się wszyscy do miasta. Mąż podjął pracę w Jednostce Wojskowej, a ja ze względu na stan zdrowia dostałam rentę chorobową. Przeszłam kilka operacji, już podupadłam mocno na zdrowiu, ale nie poddaję się i jakoś radzę sobie. Cieszyłam się z mężem, że jest nam już lżej w życiu, nie musimy tak ciężko pracować, chociaż nigdy nie baliśmy się ciężkiej pracy. Doczekaliśmy dwojga wnuków, z których jestem bardzo dumna. Mąż nie żyje już osiemnaście lat, mieszkam z synem, który opiekuje się mną, bo ciężko mi się już poruszać, to on przejął wszystkie obowiązki domowe. Właśnie syn gotuje kapuśniak, już pachnie obiadem w domu.

K. CH.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB