Czwartek, 24 sierpnia 2017. Imieniny Bartosza, Jerzego, Maliny

Moje najmilsze wspomnienia

2014-11-08 11:00:00 (ost. akt: 2014-11-06 16:41:37)

Autor zdjęcia: ciekawemazury.pl

Pani Janina K. z Orzysza opowiada nam dzisiaj swoje przeżycia z dzieciństwa i młodości. Tuż po wojnie w Przytułach, gdzie mieszkała z rodziną życie nie było łatwe, szukali lepszych warunków i znaleźli je niedaleko Orzysza. Lata młodości spędziła w Miłkach, wspomnienia wywołują uśmiech na jej twarzy. Pani Janina zachwyciła nas swoją pogodą ducha oraz otwartością na innych ludzi. Mimo swojego wieku jest bardzo aktywną mieszkanką naszej gminy.

Urodziłam się 3 kwietnia 1939 roku we wsi Przytuły niedaleko Jedwabnego ( obecnie woj. podlaskie, powiat łomżyński). Wioska położona była w lesie, kilkanaście domów, okolica piękna. Sześcioro rodzeństwa nas było , dwóch braci i cztery siostry. Rodzice mieli małe gospodarstwo rolne po swoich rodzicach. Mama opowiadała, że kiedyś ich dom spalił się, prawdopodobnie iskra z komina była przyczyną pożaru. Domy były wtedy drewniane, dachy kryte strzechą i o pożar nietrudno. Tata postawił drugi dom by mieli gdzie mieszkać.

Pamiętam, że była to niedziela, rodzice pojechali do kościoła, a ja z rodzeństwem zostaliśmy w domu. Bracia postanowili urządzić gościnę . Ukroili kawał słoniny, boczku, wyciągnęli flaszeczkę bimbru, który tata miał w szafce schowany i tak ucztowaliśmy, że… dużo nam nie trzeba było, by się upić. Przyjechali rodzice i oniemieli. Ja spałam trzy dni po tej uczcie, mama martwiła się, że nie obudzę się już nigdy. Brat wtedy dostał lanie, oj dostał. Drugi raz spłonął nasz dom w czasie wojny, kiedy to pocisk trafił w okolice domu i zapalił się, zdążyliśmy uciec zabierając trochę rzeczy. Mieszkaliśmy u sąsiadów chyba rok czasu. Nie chciał już ojciec budować kolejnego domu, ale gdzie tu mieszkać, gdy dom spalony?

Ojciec pojechał szukać domu
Po wojnie, w 1946 roku mój ojciec postanowił pojechać na Prusy Wschodnie, by tam osiedlić się, bo w Przytułach nie widział sensu życia, .. Przyjechał do Miłek i znalazł tam opuszczony dom. W wiosce stało kilkanaście domów, ale może tylko cztery było zamieszkanych, kiedy my przyjechaliśmy. Z ojcem przyjechał też mój stryjek, który pilnował tego domu kiedy tata pojechał po mamę i nas do Przytuł. Zapakowaliśmy nasz skromny dobytek na furmankę i przyjechaliśmy do Miłek, do naszego nowego domu i tam zamieszkaliśmy. Mazurzy, którzy mieszkali tam przed czy w czasie wojny, po wyzwoleniu zostawiali swoje domy i wyjeżdżali do Niemiec. W domu znajdowały się meble w dobrym stanie, łóżka, trochę sprzętów gospodarskich. Pamiętam taki duży zegar, rzeźbiony, stał na podłodze. Często wpatrywałam się w jego lśniącą, złotą tarczę, wahadło i słuchałam jego bicia. Pod schodami znajdowała się ściana, ale ojca zaciekawiło, dlaczego ona jest tak nierówno postawiona i brzydko otynkowana. Postanowił ją zburzyć i okazało się, że ludzie, którzy poprzednio mieszkali w tym domu przed wyjazdem do Niemiec ukryli porcelanę, szklanki i parę innych rzeczy za tą ścianą. Pewnie myśleli tu wrócić za jakiś czas, ale nikt nigdy nie przyjechał po te rzeczy. Stryjek również znalazł i dla siebie dom w Miłkach po drugiej stronie jeziora. Tu chodziłam do szkoły podstawowej aż do siódmej klasy. Dobrego nauczyciela miałam z matematyki, taki rygor trzymał, że baliśmy się go wszyscy. Tabliczki mnożenia musieliśmy się nauczyć jak pacierza. Chodził po klasie i na wyrywki pytał każdego ucznia, a jeśli ktoś nie umiał tabliczki mnożenia to musiał wyjść na korytarz i dotąd uczyć się, aż wykuł na pamięć. Nie mieliśmy zabawek, ale zawsze bawiliśmy się wesoło, umieliśmy sobie zorganizować zabawę. Pamiętam, była zima, sanek nikt nie miał, a we wsi była wymarzona górka do zjeżdżania. Znaleźliśmy kawałki blachy, chłopaki powyginali w nich boki, powstały takie rynienki, powkładaliśmy w środek siana i poszliśmy na górkę pozjeżdżać. To były nasze „saneczki” , ale była frajda! Wiatr tylko w uszach świstał i… prosto na jezioro zjeżdżaliśmy. Woda zamarznięta była bo kiedyś mrozy były siarczyste i śniegu dużo. Zjeżdżaliśmy też w takich butach - chodakach, wykonane były one z kawałka drewna, a że na nasze dziecięce stopy były o wiele za duże to wkładaliśmy obie stopy w jeden chodak i tak zjeżdżaliśmy z górki. Druga, niewielka górka znajdowała się przy naszym domu, to my chodaki wzięliśmy pod pachy i poszliśmy na górkę pozjeżdżać. Ojciec rózgą nam przejechał po plecach za to, bo prosto na ulicę zjeżdżaliśmy. Nie poszłam dalej się uczyć, musiałam iść do pracy. Siostry powychodziły za mąż i powyjeżdżały do innych miast, natomiast bracia zostali w Miłkach do końca swojego życia, bo obaj już nie żyją. Tata był rybakiem w Giżycku, a mama całe życie pracowała na gospodarce, zajmowała się domem, inwentarzem. Mieliśmy konie, krowy, pola kilkanaście hektarów, powoli maszyny rolnicze tata kupował by było czym obrabiać pole. Uprawialiśmy buraki cukrowe, zboże, ziemniaki. Buraki po wykopaniu z ziemi tata wiózł do Kętrzyna do cukrowni. Pomagaliśmy mamie, bo ojca nie było cały dzień, jak pojechał do pracy do Giżycka to późno wracał, więc każdy z nas po szkole pomagał mamie. Nie było słowa sprzeciwu, że nie pójdę na pole pielić.

Moje dzieciństwo i młodość wspominam nie jako przykre i smutne przeżycia
Nie narzekałam, że jest mi ciężko wiadro wodą ze studni i przynieść do domu, że plecy bolą od pielenia buraków na polu. W soboty czy w święta, kiedy odbywały się zabawy w naszej wiosce lub w sąsiedniej, zapominaliśmy o odciskach na dłoniach i trudzie codziennego dnia. Cała młodzież z wioski, dziewczyny i chłopcy, zbieraliśmy się u kogoś z kolegów w domu, raz u jednych innym razem u drugich, ktoś grał na akordeonie, śpiewaliśmy piosenki, potańcówki trwały prawie do rana. Żeby było weselej i o czym długo rozmawiać, chłopaki wymyślali psikusy. Kiedyś jednemu sąsiadowi chłopaki zrobili psikusa. W nocy, kiedy sąsiad ze swoją rodziną spał w domu, chłopaki odkręcili koła od furmanki, na linach po cichutku wciągnęli wóz aż na dach domu. Potem koła przykręcili, a na komin położyli szybę. Rano, kiedy sąsiadka rozpaliła ogień w kuchni to dym nie miał gdzie uchodzić i w całym domy było pełno dymu. Sąsiad nie wiedział co się dzieje, wybiegł na podwórko, spojrzał na dach, a tam jego furmanka na dachu! Chłopcy stali za stodołą i patrzyli co się będzie działo. Musiał prosić chłopaków by zdjęli wóz z dachu, a za tę pomoc jeszcze im zapłacił. Nie było to żadne chuligaństwo, ot, takie żarty, sąsiedzi nie gniewali się, nie było złości, wszyscy śmiali się z tych psikusów. Sąsiad zapłacił jedynie butelkę gorzałki.

We wsi mieszkał piekarz, kolega mojego ojca, który też lubił robić ludziom kawały. Kiedyś nasypał popiołu do dużego garnka, przyszedł do naszego domu, otworzył drzwi i rzucił ten garnek na podłogę. Można sobie wyobrazić co się stało. Popiół wysypał się z garnka na podłogę, pył rozniósł się na cały korytarz i kuchnię. Tatuś szybko wybiegł z domu zobaczyć kto to zrobił i zobaczył uciekającego swojego kolegę piekarza. Musiałam z siostrą całe mieszkanie sprzątać, trochę złościłam się bo zamiast robić coś innego, musiałam cały popiół posprzątać. Ojciec też mu zrobił kawał po jakimś czasie. Ludzie przyszli rano do piekarza po chleb, czekali pod sklepem, a on spał. Okazało się, że budził się parę razy nad ranem, wstawał, wyglądał przez okna, ale wciąż ciemno było, więc kładł się ponownie spać. Bardzo zdziwiony był kiedy ludzie pukali, stukali w okna w środku nocy. Wreszcie wstał, otworzył drzwi i okazało się, że już słońce dawno na niebie, a on jeszcze śpi i ludziom chleba nie napiekł. Nie wiedział o co chodzi, co się stało? Kiedy zobaczył, że wszystkie szyby w całym domu ma pomalowane czarną farbą wiedział, że jest to odwet mojego ojca za ten garnek z popiołem. Tatuś musiał pomagać piekarzowi piec chleb, bułki, bo ludzie czekali pod piekarnią na wypieki. Były to żarty, nikt nie gniewał się, nie złościł, ludzie pomagali sobie wzajemnie.

Znajomość w autobusie
Dojeżdżałam do pracy do Giżycka autobusem, bo pracowałam już w zakładzie budowlanym jako magazynierka. Poznałam przyszłego męża w autobusie, bo on również dojeżdżał do pracy do Giżycka i po kilku miesiącach znajomości, w 1961 roku wzięliśmy ślub. Przenieśliśmy się do Orzysza, najpierw mieszkaliśmy na stancji przy ulicy Mazurskiej, potem przy Giżyckiej. Podjęłam pracę w Spółdzielni Odzieżowej gdzie pracowałam dwadzieścia trzy lata, aż do emerytury. W 1993 roku poszłam na zasłużoną emeryturę. Dwoje dzieci wychowałam, cieszę się, że mam dobre wnuki. Zdrowie jeszcze mi dopisuje, więc mogę spełniać swoje marzenia. Lubię zwiedzać inne miasta, podróżować. Dzieci i wnuki nie potrzebują już mojej pomocy to mogę żyć własnym życiem i cieszyć się każdym dniem. Jeżdżę czasami do siostry, kilka tygodni posiedzę u niej i wspominamy sobie dawne czasy.

K.CH.

Na prośbę dzisiejszej bohaterki opowiadania nazwisko do wiadomości redakcji.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB