środa, 30 września 2020. Imieniny Geraldy, Honoriusza, Wery

Smak jabłek i moje miejsce na ziemi

2014-09-14 12:00:00 (ost. akt: 2014-09-11 17:53:50)
Zdjęcie jest tylko ilustracją do tekstu

Zdjęcie jest tylko ilustracją do tekstu

Autor zdjęcia: agrofoto.pl

Najważniejszą rzeczą w życiu jest, aby robić wszystko tak, żeby wspominać minione lata nie żałując niczego. W dzisiejszym wydaniu gazety Pan Stanisław z Wężewa wspomina swoje dzieciństwo, młodość i lata pracy.

Urodziłem się 17 września 1945 roku w Korytnicy, powiat Jędrzejów w dawnym województwie kieleckim. Miałem czworo rodzeństwa, ale braciszek zmarł, kiedy był jeszcze malutki. Rodzice zajmowali się pracą na gospodarstwie, mieli trochę ziemi. Konia mieliśmy jednego, a gdy ojciec potrzebował do pracy na polu drugiego konia to pożyczał od sąsiada. Pożyczali jeden drugiemu, bo w pierwszych latach po wojnie biedni ludzie byli i ciężko ze wszystkim. Z młodszym rodzeństwem pasłem gęsi, kaczki, krów nie pasłem, bo jeszcze za mały byłem, nie dałbym rady wyprowadzić je na paśnik. Żeby dorobić sobie, ojciec sadził na polu machorkę. Nadziewałem na druty liście machorki, wieszałem przy budynkach gospodarczych do wyschnięcia. Pamiętam jak tata z sąsiadem młócił zboże. Kładli na klepisku snopki zboża i cepami młócili. Nie była to prosta czynność jakby mogło się wydawać. Trzeba było zgrać rytm, żeby praca dobrze szła i dobrze wybić z kłosów ziarno.

Mój ojciec ze swoim bratem miał młyn napędzany wodą. Śluzy spiętrzały wodę w stawie, woda płynęła na koło młyńskie i napędzała cały mechanizm do mielenia ziarna. W okolicy niewiele znajdowało się takich młynów. Koło Jędrzejowa również funkcjonował młyn, ale to kilkanaście kilometrów od naszej wioski. Z okolicy rolnicy przywozili ziarna do zmielenia na mąkę do nas. Wujek miał duży sad, a tam rosły takie dobre jabłka. Jesienią przynosił je do młyna, kładł na półki, żeby przezimowały. Pamiętam do dziś ich smak. Jak to w młynie, kurzyło się od mielenia ziarna, jabłka były białe od mąki. Dmuchnęło się tylko, wytarło o koszulę i zjadło się ze smakiem. Kiedy wujek umarł, ciocia nie dawała rady sama utrzymać młyna, a jej dzieci powyjeżdżały z Korytnicy, nie chciały zajmować się młynem. Parę lat temu widziałem w telewizji w jakimś programie młyn w Korytnicy, nawet funkcjonował, ale teraz jest od zabytkiem. Chodziłem często do młyna, bo miałem niedaleko. Nie wiem kto teraz jest właścicielem młyna. Dawno już nie odwiedzałem tamtych stron. Jeśli polepszy mi się stan zdrowia to pojadę do mojej rodzinnej wsi. Chciałbym jeszcze przejść się ścieżkami, po których biegałem jako mały chłopak. Może spotkam kolegów, z którymi kąpałem się w rzece.

Mamy brat mieszkał na Mazurach, pracował jako weterynarz w Orzyszu. Po namowach wujka rodzice postanowili przeprowadzić się na Mazury. W 1953 roku przyjechaliśmy do wsi Mikosze. Mieszkaliśmy dwa lata w PGR-rze. Rodzice pracowali w tutejszym gospodarstwie rolnym. Mama chodziła na pole pielić, a tata stróżował. Rozwiązano później gospodarstwo, a my przeprowadziliśmy się do Ublika. Tam rodzice kupili dom i ziemię. Ojciec hodował owce, a miał ich około sto sztuk. Przyjeżdżali fachowcy i ścinali wełnę z owiec. Część owiec ojciec sprzedawał do rzeźni, a wełnę sprzedawał w punkcie skupu w GS–ie. Może z pięć lat tu pomieszkaliśmy i z kolei do Wężewa przeprowadziliśmy się, bo wujek znalazł dom dla nas tutaj. PGR-owskie to mieszkanie było, ale bliżej do miasta mieliśmy, więc spodobało się to miejsce. Do szkoły podstawowej uczęszczałem w Okartowie, gdzie skończyłem siedem klas. Szkoła znajdowała się naprzeciwko kościoła. Uczyłem się średnio, geografię i historię lubiłem, lektury czytałem, a z matematyki byłem słabszy. Najlepiej uczyłem się z fizyki. Na wagary też chodziłem, koledzy namówili, więc nie mogłem się wyłamać, bo mogłem dostać od nich kopniaków. Czasami nie chciało mi się uczyć, oceny słabsze w dzienniczku znalazły się, to tatuś nie raz paskiem wlał po plecach. Kiedyś takie kary stosowano, teraz dzieci nie można uderzyć. Na złych ludzi nas nie wychowali, a trochę dyscypliny nie zaszkodziło. Na ryby chodziłem nad jezioro. Kiedyś było mnóstwo ryb w jeziorach, zawsze z pełną siatką przyszedłem do domu. Do harcerstwa należałem, na biwaki jeździliśmy. Lubiłem grać w siatkówkę, w dwa ognie. W piłkę nożną rzadko graliśmy, bo nie mieliśmy boiska do gry. Od najmłodszych lat miałem zamiłowanie do mechaniki, podpatrywałem jak naprawia się różne pojazdy. Po ukończeniu szkoły podstawowej dyrektor wysłał mnie na kurs prawa jazdy traktorem, a przy okazji na samochód i motor, ale niewielką sumę musiałem dopłacić. Przy szkole była stolarnia, miałem okazję nauczyć się stolarki. Samodzielnie ule zrobiłem, według projektu, wszystko pasowało jak trzeba. Miałem okazję jechać do Gdańska do zasadniczej szkoły budowy okrętów, ale nie zdecydowałem się wyjechać. Żałowałem trochę, że nie poszedłem dalej uczyć się, ale tak chyba miało być.

Pracowałem w PGR–rze w Wężewie jako traktorzysta. Praca głównie na polu, przy oraniu ziemi, koszeniu trawy, przy żniwach. Potem wyjechałem do Karolewa pod Kętrzynem do Szkoły Rolniczej na kurs mechanizacji rolnictwa na pół roku. Ukończyłem kurs z dyplomem mistrza jako mechanik maszyn i urządzeń rolniczych.

Miałem kwalifikacje do napraw maszyn rolniczych, kombajnów, więc jeździłem do wszystkich wiosek w razie awarii. Pracowałem też jako zaopatrzeniowiec. Przez przypadek poznałem swoją żonę. Kierownik wysłał mnie samochodem dostawczym do Białej–Piskiej, by przywieźć rodzinę do Wężewa. Kiedy zobaczyłem młodą dziewczynę, od razu zainteresowałem się nią. W 1968 roku pobraliśmy się, ja miałem dwadzieścia trzy lata, żona dziewiętnaście lat i do dziś szczęśliwie żyjemy. Żona też pracowała w PGR-rze, w świetlicy wiejskiej. Żonę nauczyłem jeździć na traktorze, bo nieraz zajęty byłem czymś innym, więc ona jeździła ciągnikiem. Dobrze nam tu żyło się, dostaliśmy działkę 25 arów i kto chciał, to uprawiał na swoje potrzeby warzywa. Z pracy dostawaliśmy deputat w postaci ziemniaków na zimę, 3 litry mleka dla dzieci, zboże. Później już płaciliśmy połowę ceny za te produkty. Pracowaliśmy oboje w miejscowym PGR–rze, ale chowaliśmy jeszcze świnki, kaczki i gęsi na swoje potrzeby. Kiedyś państwo dbało o ludzi, o pracowników, nigdy nie narzekaliśmy. Pożyczki udzielano bezprocentowo, na wycieczki jeździliśmy. Byłem też społecznym instruktorem BHP. Sumiennie wykonywałem swoją pracę. Gdzieś trzeba było pracować, a że los sprawił, że tutaj zamieszkaliśmy. Mieliśmy możliwość zamieszkać w Odojach, w nowym bloku, ale nie skorzystaliśmy z tej propozycji, zostaliśmy w Wężewie. Nigdy nie zastanawialiśmy się, że może w mieście byłoby lżej. Dawny chlewik przerobiłem na drwalkę i garaż, nie hodujemy już świnek. Jesteśmy oboje na emeryturach, sił i zdrowia już nie mamy takiego jak kiedyś. Mamy troje dzieci, kochane wnuki. Żonę nauczyłem jeździć na traktorze, bo nieraz ja zajęty byłem czymś innym, więc ona jeździła ciągnikiem. Trzydzieści siedem lat przepracowałem w PGR–rze, aż do emerytury. Czasami dorabiam sobie u gospodarza. Pomagam przy żniwach, maszyny naprawię. Nie mogę siedzieć bezczynnie, przyzwyczajony jestem od najmłodszych lat do pracy, dlatego jeśli zdrowie mi dopisuje lubię popracować jeszcze. Żona lubi na grzyby chodzić, na zimę zawsze narobi dużo słoiczków, dzieciom też naszykuje, ususzy prawdziwków.

Nazwisko Pana Stanisława do wiadomości redakcji

Opowieści wysłuchała K.CH.

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB