środa, 23 maja 2018. Imieniny Leoncjusza, Michała, Renaty

Młoda duchem

2014-07-21 13:00:00 (ost. akt: 2014-07-17 09:26:29)
pani Halina Gajewska

pani Halina Gajewska

Autor zdjęcia: K.Ch.

Dzisiejsza bohaterka nazywa się Halina Gajewska. Urodziła się 01. 03. 1926 roku we wsi Kubra między Jedwabnem, a Radziłowem.

Dzieciństwo miała ciężkie. Ojciec nie mógł pogodzić się (ze szwagrem) bratem żony w sprawie podziału gospodarki po jej rodzicach, by i oni mieli swój kawałek ziemi. Nie mogąc zapewnić swojej rodzinie bytu zostawił żonę i troje dzieci, a sam wyjechał do Kanady. Nigdy nie przyjechał do Polski, nie dał znać o sobie. Matka z małą Halinką i siostrami mieszkała w maleńkim pokoiku, który użyczył im brat żony. Nie mieli wygód, spali na podłodze, mama posłanie jakieś zrobiła w kąciku by mogły w miarę wygodnie spać. Miała pięć lat, kiedy ciotka wzięła ją do siebie do wsi Dzięgiele koło Stawisk do pomocy na gospodarce, najczęściej doiła i pasła krowy. Do szkoły podstawowej chodziła dwa kilometry do wsi Michny, ale tylko trzy lata, potem wybuchła wojna. Przez całą wojnę mieszkała z mamą i rodzeństwem w Olszewie pod Jedwabnem. Wynajmowały tam mieszkanie u ludzi. Mama pracowała u gospodarzy, kopała ziemniaki, pomagała przy pracach w gospodarstwie, by miały co jeść. Tak upływały lata Pani Halinki, ciężko było żyć bez ojca, ale twarde życie zmuszało do pracy by przetrwać ciężkie lata.

Przyjechała do Pisza w 1949 roku. Została zatrudniona w fabryce „Sklejka”, gdzie przepracowała około roku. Ciężka to była praca dla młodej dziewczyny, ale trzeba było gdzieś zarabiać na życie. Na wielki plac fabryki przywożono kłody drzewa, gdzie mężczyźni cięli je na odpowiednie kloce i okorowywali . Potem trzeba było korę w skrzyniach wynosić na wyznaczone miejsce na placu zakładu. Dowiedziała się, że w Orzyszu jest Spółdzielnia Odzieżowa, a że jak to się mówi, miała od małego dryg do szycia, więc postanowiła tam podjąć pracę. Kierowniczka przyjęła ją do pracy, ale musiała zdobyć maszynę do szycia. Kolega z Trzonek, z którym pracowała w Sklejce pożyczył od swojej sąsiadki czółenkową maszynę do szycia Singer i pomógł przywieźć ją do szwalni. Szycie ubrań roboczych do lekkich nie należało. „ Waciaki ‘’- bo tak je nazywano, na podszewce i na wacie, więc dość grube warstwy do szycia, szczególnie wstawianie kołnierzy i rękawów nie należało do łatwych. Duże bele materiału i waty, które przywożono trzeba było wnosić na piętro po schodach na halę produkcyjną. Nie było takich specjalistycznych maszyn jak w późniejszych latach (dziurkarki, guzikarki i wiele innych). W gotowych już ubraniach przyszywała Pani Helena ręcznie guziki. Po kilku miesiącach kupiono do „Miary” nowe, elektryczne maszyny do szycia. Pani Halina wspomina, że trudno było przyzwyczaić się do tych maszyn, pracownice nawet trochę bały się ich. Przyzwyczaiły się do maszyn nożnych, wolniejszych, a tu taka technika. Spółdzielnia rozwijała się, produkcji było dużo, podzielono załogę na dwie zmiany. Po „waciakach" szyło się pidżamy, fartuchy, sukienki to już było lżej.

Wyszła za mąż w 1961 roku. Przyszły dzieci na świat, też nie było lekko. Wychowywać czwórkę dzieci, do pracy na zmiany, ciężko było pogodzić wszystkie obowiązki. Nieraz zbliżał się termin wysyłki, trzeba było po kilkanaście godzin pracować, a najgorzej jak tuż przed świętami trzeba było dokończyć pracę. Dzieci czekały na choinkę, trzeba jeszcze ciasta, świąteczne potrawy przygotować. Dzisiaj kupuje się wszystko gotowe, a kiedyś dużo robiło się samemu. Męża miała pani Helena bardzo dobrego, pracował, pomagał jej w wychowywaniu dzieci. Jednak nie dane było cieszyć się lepszym życiem. Zmarł w 1992 roku. Trzydzieści lat przepracowała w „ Miarze”, przeszła na zasłużoną emeryturę w 1981 roku. Doczekała 12 wnuków i 5 prawnuków. Nie mogąc znaleźć pracy w Polsce kilkoro z nich wyjechało za granicę do pracy, do Anglii.

Dzisiaj spokojnie żyje z mężem – wyszła za mąż po raz drugi, w małym mieszkanku przy kanale. Wszędzie ma blisko, do Ośrodka Zdrowia, do sklepu, do kościoła. Ciężko jedynie wchodzić jej po stromych schodach na piętro. Pomimo 88 lat robi przetwory na zimę, gdy przyszłam do Pani Heleny drylowała właśnie wiśnie na kompot. Potem działa na drutach, nie potrzebowała okularów, tylko pozazdrościć tak dobrego wzroku w tym wieku.

K.CH.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (4)

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Macceline #1461958 | 94.78.*.* 15 sie 2014 15:34

    bo wszyscy normalni młodzi mężczyźni z Orzysza wyjeżdżają- np. żeby się kształcić. zostają tylko nieuki bez żadnej szkoły, ambicji, wegetujący między piwem z kumplami z lufą zioła, w międzyczasie może jeszcze kogoś pobiją albo zabiją na biwaku w Górze.. :( JAKBY BYLI FACECI NA POZIOMIE TO DZIEWCZYNY BY NIE WYJEŻDŻAŁY

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Unberto #1444491 | 212.244.*.* 22 lip 2014 10:34

    I to jest MATKA POLKA RODZICIELKA nie uciekła do ANGLI tak jak teraz robia to ORZYSZANKI by tam rodzic dzieci ANGLIKOM.

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-2) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)