środa, 30 września 2020. Imieniny Geraldy, Honoriusza, Wery

W oczekiwaniu na wolność

2013-12-18 13:00:00 (ost. akt: 2013-12-18 10:05:35)
Pan Kazimierz Bajorek na swoim wózku inwalidzkim

Pan Kazimierz Bajorek na swoim wózku inwalidzkim

Autor zdjęcia: Mieczysław Żebrowski

Zbliżające się Święta Bożego Narodzenia sprawiają, że człowiek odczuwa nagłą potrzebę czynienia dobra. W codziennym życiu pędzimy, próbując pogodzić karierę z życiem rodzinnym, a w miarę odnoszenia sukcesów, zapominamy o tym, jak to jest nie mieć nic. Zjawisko to, nazywane przez nas znieczulicą społeczną jest powszechne i dotyka każdego — rolnika, sprzedawcę w sklepie, panią domu, albo urzędnika.

Jedną z osób, która dobrze wie, jak to jest być zapomnianym przez społeczeństwo i władze, które powinny się przecież troszczyć o swoich wyborców, jest pan Kazimierz Bajorek, mieszkaniec Orzysza.
W naszym mieście, zgodnie z unijnymi wytycznymi, pojawia się coraz więcej udogodnień, pomagających ludziom niepełnosprawnym dotrzeć do różnych instytucji, w tym także do urzędów powiatowych.

Strach ma wielkie oczy
Pan Kazimierz Bajorek wiele lat temu zachorował na cukrzycę. Choroba rozwijała się i niestety doprowadziła do amputacji lewej nogi powyżej kolana. Bohater naszego artykułu nie załamał się tym stanem rzeczy i postanowił w pełni korzystać z uroków życia. Kiedy dostał protezę, przy pomocy której mógł wyjść na spacer, spotykać się z kolegami lub zakupy. Starał się zapomnieć o niepełnosprawności, która go dotknęła. Każde wyjście na przechadzkę z domu podtrzymywało go na duchu, czuł, że nie jest sam, że może spotkać starego znajomego, z którym powspominają dawne życie.
Dalsze problemy zdrowotne
Po amputacji nogi pan Kazimierz nie poddawał się, ale życie zgotowało mu kolejną niespodziankę. W 2010r. pan Kazimierz musiał zmierzyć się z kolejnym wyzwaniem życiowym. W dużym palcu prawej nogi wdało się zakażenie. Mimo leczenia i pozytywnego nastawienia pana Kazimierza, trzeba było amputować palec, ponieważ zagrażał on życiu dzielnego pana Bajorka. Po operacji rana słabo się goiła. Niestety, nastąpiły komplikacji, w ranę wdał się gronkowiec. Choroba osłabiła tkankę skórną, tym samym utrudniając gojenie się rany pooperacyjnej. Gojąca się skóra była narażona na ciągłe pęknięcia, które utrudniały nałożenie buta, więc o chodzeniu nie było nawet mowy. Stopa, na którą naciskała całym swym ciężarem noga, sprawiała ogromny ból. Pan Kazimierz, który mimo wcześniej amputacji był bardzo towarzyskim i aktywnym członkiem społeczeństwa, został wystawiony przez los na kolejną próbę. Od tej pory był już skazany na pozostanie w wózku inwalidzkim, a do wyjścia z domu był mu niezbędny odpowiedni podest.
Od tamtej pory, pan Kazimierz spędzał w domu całe godziny, oglądając świat jedynie przez okno. Większość kolegów, z którymi w przeszłości się przyjaźnił, jakby zapomniało o nim. Nie było już wspólnych spacerów, wypraw na zakupy, godzin spędzonych na wspólnym wspominaniu. Czasem, od wielkiego dzwonu, ktoś się zjawiał, ale pan Kazimierz czuł, że jest dla dawnych znajomych nieprzyjemnym zobowiązaniem, człowiekiem, który zamiast pozytywnych uczuć, budzi raczej litość.

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie
W danych czasów pan Bajorek miał wielu znajomych i przyjaciół. Od czasu, kiedy jego życie zmieniła choroba, grono to zmniejszało się sukcesywnie. Na całe szczęście nie wszyscy odwrócili się od inwalidy, który od tej pory zdany był na łaskę i pomoc innych ludzi.
Pewnego dnia do drzwi pana Kazimierza Bajorka niespodziewanie zapukał ktoś, kogo nie spodziewałby się on zobaczyć. W progu drzwi stanął jego były dowódca jednostki pana Kazimierza. Były dowódca usłyszał o tym, jak potoczyło się życie byłego podwładnego i postanowił mu pomóc. Zrozumiał, że największym problemem jest to, że przykuty do wózka mężczyzna nie mógł wyjść ze swojego domu.
Dowódca zdobył od znajomego wolny wózek inwalidzki z silnikiem, który wyremontował na własny koszt i przeznaczył go dla pana Kazimierza. Ten gest na zawsze pozostanie panu Bajorkowi w pamięci — mimo znieczulicy panującej w dzisiejszych czasach, pomoc nadeszła niespodziewanie i zupełnie bezinteresownie. Od tamtej pory, dawny dowódca odwiedza szczęśliwego właściciela wózka inwalidzkiego, kiedy tylko jest w pobliżu. Rozmawiają wtedy na różne tematy, wspominają dawne, minione czasy. Wraz z poprawą sytuacji pana Kazimierza, pojawiła się też kilka osób, które znowu odwiedzają pana Kazimierza.
- Gdyby nie oni, czułbym się jak zwierze w klatce, które ma miejsce na wybiegu, miejsce do wypoczynku, granice których nie może przekroczyć i zostaje mu tylko oglądanie świata przez okno - wspomina pan Kazimierz.

Wolność jest już tak blisko
Mimo tego, że pan Bajorek ma już wózek inwalidzki i może bez problemu poruszać się po mieszkaniu, nadal nie może wydostać się ze swoich czterech ścian. Brak specjalnej platformy dla wózków inwalidzkich na klatce schodowej uniemożliwia mu bowiem wydostanie się z budynku na podwórze.
- Jest taka winda dla niepełnosprawnych zamontowana w budynku na ulicy Ełckiej. Jest niewykorzystywana, ale wchodzi w wyposażenie budynku, który jest wybudowany za pieniądze unijne. Zasięgając informacji w tej sprawie usłyszałem, że mógłbym ubiegać się o mieszkanie w tym budynku, ale w praktyce wygląda to tak, jakbym czekał na to, aż któryś z lokatorów budynku umrze i zostawi mieszkanie do zagospodarowania. Jest to dla mnie nie do przyjęcia i takich propozycji nie biorę pod uwagę. Istnieje przecież jeszcze jedno wyjście — Urząd Miejski w Orzyszu może zaproponować godny kwaterunek mieszkańcowi budynku przy ul. Ełckiej, aby ten mógł zwolnić mieszkanie z dostępem do windy. Takie rozwiązania ma dla mnie sens – tłumaczy pan Kazimierz.
Jeśli jednak nie zamiana mieszkania, można by przecież odpowiednio wyposażyć budynek, w którym obecnie mieszka nasz bohater.
-Zgłaszałem mój problem do Urzędu Miejskiego w Orzyszu – mówi pan Bajorek. -Przyszedł urzędnik, złożył obietnicę, że zakupią windę i zainstalują ją na moje potrzeby. Przyniósł również kosztorys inwestorski opiewający na 35.991,47zł. Od tamtej pory żaden urzędnik już się nie pokazał.

Sprawa utknęła w martwym punkcie
Po złożeniu obietnic i przedstawieniu kosztorysu, sprawa pana Kazimierza Bajorka gdzieś utknęła. W rozmowie z przedsiębiorczym panem Kazimierzem doszliśmy do wspólnego wniosku, że Urząd Miejski w Orzyszu, mając do dyspozycji Zakład Robót Publicznych, mógłby wykonać prace na swój koszt, tym samym obniżając koszty.
Według moich obliczeń należy wstawić drzwi balkonowe w kuchni, tam gdzie obecnie znajduje się okno, wylać fundament tuż pod oknem, zakupić prowadnice, 8 rolek, silnik oraz 2 łączniki krańcowe i pozostawić Zakładowi Robót Publicznych montaż też konstrukcji, a całościowy koszt zamknąłby się w 12.000zł.
Nie odejmując zasług naszym władzą, które dbają o to, żeby niepełnosprawni mieli dostęp do urzędów i miejsc publicznych, apeluję, by nie zapominali o tym co najbardziej jest im potrzebne — możliwości wyjścia ze swojego mieszkania. Spróbujmy postawić się na miejscu osób takich, jak pan Kazimierz — zamknięci cały dzień w domu, samotni, zdani na łaskę urzędników, traktowani jak natręci, a nie prawowici obywatele, którym należy się szacunek i pomoc. Nie pozwólmy, byśmy stali się obojętni na czyjeś nieszczęście tylko dlatego, że nie mamy z tego korzyści.

Mieczysław Żebrowski


Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (1)

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Ja #1318726 | 178.36.*.* 7 lut 2014 11:05

    Nie ośmieszajcie się błędami ortograficznymi.

    ! - + odpowiedz na ten komentarz